niedziela, 1 sierpnia 2021

Władca Pierścieni (1978)


Kto nie słyszał o słynnych dziełach J.R.R. Tolkiena, które uczyniły go jednym z najbardziej znanych, popularnych i uwielbianych pisarzy na całym świecie? Nie ma chyba człowieka, który usłyszałby nazwisko Tolkien i nie skojarzył go z jego powieściami fantasy, a także nie ma chyba też człowieka, który by tych dzieł nie znał, chociażby tylko pobieżnie. No, może i tacy są, ale należy im tylko współczuć, gdyż nie wiedzą, co tracą. Książki Tolkiena są jednym z najlepszych dzieł fantasy na całym świecie i w ogóle jednymi z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek w historii literatury powstały. Dlatego chyba nikogo nie zdziwi, że musiały się one prędzej czy później doczekać ekranizacji. I wiem już, o jakiej ekranizacji myślicie. O trylogii filmowej Petera Jacksona, a właściwie teraz o dwóch, czyli „WŁADCA PIERŚCIENI” oraz „HOBBIT”, z czego pierwsza jest chwalona mimo wad, a druga krytykowana mimo kilku zalet, które jednak nie przebijają problemów, jakie one ma, a ma ich sporo. Ale nie jest to czas, aby to roztrząsać. Dzisiaj bowiem opowiemy sobie o filmie, który część może znać, a część nie, a który jednak, mimo jego wad, warto zdecydowanie poznać, ponieważ jest to naprawdę dobra produkcja i zarazem pierwsza ekranizacja najsłynniejszego dzieła Tolkiena w ogóle. Mowa oczywiście tu o animowanym „WŁADCY PIERŚCIENI”, który miał być hitem na skalę światową, a wciąż pozostaje w cieniu swego młodszego rodzeństwa, czyli filmowych trylogii Petera Jacksona. Warto więc się dowiedzieć, dlaczego pozostał w cieniu i czemu jest tak mało znany, a czemu, mimo jego wyraźnych słabostek, wciąż wielu ludzi, w tym i ja, lubi go i ceni.
Sam Tolkien podobno uważał, że jego dzieła są nie do sfilmowania, że ponoć żadna produkcja nie jest w stanie pełni oddać klimatu jego książek i nawet nie powinna próbować tego zrobić. Niektórzy sobie żartowali, że podobno rzucił on klątwę na każdego, kto zechce zekranizować jego książki. Coś może w tym być, gdyż żadna adaptacja jego prozy nie była pozbawiona wad i to raczej licznych, a te pierwsze nie były nawet hitami i dość szybko je zapomniano. W niektórych przypadkach słusznie, w innych natomiast już nie.
Pierwszą adaptacją prozy Tolkiena był animowany „HOBBIT” z 1977 roku. Powiedzmy sobie szczerze, nie jest to film wybitny. Wręcz przeciwnie, jest dość topornie narysowany, animacja pozostawia wiele do życzenia. Jedne postacie są za grube i mają bulwiaste nosy, inne za chude i haczykowate nosy, a dodatkowo jeszcze ten straszny Gollum o zielonej skórze, wyglądający jak utopiec. Szczerze? Jestem dość zawiedziony tego typu produkcją, zwłaszcza, że ta sama wytwórnia, co stworzyła „HOBBITA” wyprodukowała też uwielbianego przeze mnie i kilka znanych mi osób „OSTATNIEGO JEDNOROŻCA”, choć w jej przypadku twórcom pomogli Japończycy, co mocno przedłożyło się na jakość tego dzieła i jego sukces. Tutaj ich zabrakło, dlatego mamy takie perełki jak Gollum utopiec o zielonej skórze, pokracznego króla elfów czy smoka Smauga z lwią grzywą wokół głowy. Chociaż i tak to lepsze i bardziej w duchu Tolkiena niż banda przystojnych facetów z lekkim zarostem udająca krasnoludy, jakie widzieliśmy w trylogii „HOBBIT”. No dobra, większość z nich ma brody i wygląda jak krasnoludy, ale Thorin, jego siostrzeńcy i jeszcze kilku ma zaledwie lekki zarost i to mają być krasnoludy? Już krasnoludki z bajki Disneya o królewnie Śnieżce bardziej przypominają stworki z uniwersum Tolkiena. Dlatego plus dla twórców bajki, że przynajmniej ich krasnale to krasnale, a nie ciacha, za którymi mają wzdychać babki. Ale to niestety jeden tylko plus tej bajki: oddanie ducha i klimatu książki. To za mało, aby stworzyć dzieło wiekopomne. Takie zaś postanowił stworzyć Ralph Bakshi, reżyser o chyba naprawdę wielkiej ambicji, który postanowił sobie jeszcze w młodym wieku, że będzie albo artystą, albo żebrakiem, albo jednym i drugim. Los jednak mu sprzyjał i został tym pierwszym i z czasem założył własną wytwórnię i stworzył kilka dość poważnych animacji w przedziale wiekowym 18+. Serio, jego animacje lepiej nie puszczać dzieciom. Postanowił on też zmierzyć się z dziełem Tolkiena.
I tu zaczyna się poważny problem tego filmu. Otóż nakręcono go w pewnej dość często stosowanej technice rotoskopu. Na czym to polega? Ano kręci się film z aktorami, a potem maszyna rzuca obraz na papier i rysownik odrysowuje to, co widzi i dodaje kolory. Metoda jest czasochłonna, dlatego zwykle stosowano ją tylko do co trudniejszych scen, jak robiła np. wytwórnia Disneya przy kręceniu chociażby scen tańca ze „ŚPIĄCEJ KRÓLEWNY”. Tutaj film w całości tak powstał i z tego powodu rodzą się różne problemy. Przykładowo widzimy, że krasnolud Gimli w kilku scenach jest niższy, jak na krasnoluda przystało od swych towarzyszy, a innym razem równie wysoki, jak oni, co mogło skutkować tym, że grający go aktor był dość wysoki. Innym razem stopy hobbitów pasują do tych z opisów Tolkiena, innym razem są nazbyt ludzkie. Dodatkowo też łuk Legolasa jest raz zakrzywiony na końcach, innym razem prosty. Najwięcej jednak jaj wynika wtedy, gdy widzimy bohaterów walczących z orkami, którzy chwilami wyraźnie są tak narysowani jak ludzie przebrani w kiepskie stroje i maski. Ale o wyglądzie postaci jeszcze sobie powiemy. Tak czy siak, reżyser kręcił właściwie bez żadnej poważnej dokładności. Po prostu aktorzy w strojach robili swoje raz dwa i nikogo nie obchodziło, czy w kadr wejdzie statysta, samolot czy też może druty telegraficzne. Po prostu kręcono i już, to i tak wszystko szło do animowanej obróbki.
Animatorzy nie napracowali się nad tłem - właściwie żadna scenografia (może poza Shire przypominającym nieco wioskę Smurfów) nie zapada w pamięć. Ani Rivendell, ani Moria, ani Lorien. Nie widać staranności w ich ukazaniu. Do wrażenia niedbałości przyczynia się również technika rotoscopingu przy generowaniu animacji. Nie widać jakiejś szerszej koncepcji w wykorzystywaniu tej techniki. Te same postacie np. drużyna Pierścienia mogą być w jednej scenie pokazywane „trójwymiarowo” (rotoscoping), a większości innych są „płaskie”, ukazane w klasycznej animacji. Zdarzają się też sceny, w których część postaci jest zagrana przez aktorów, a część (np. hobbici) jest tylko narysowana. To wszystko nie daje dobrego efektu, sprawiając wrażenie przypadkowości. Również fabuła nie jest doskonale ukazana, jakby wymagała tego taka powieść. Ale z jakiego powodu, o tym zaraz się dowiemy. Na razie opowiedzmy o niej, tak dla pewności, jakby ktoś miał wątpliwości lub nie wiedział, o czym jest ten film.
Film rozpoczyna się od ukazania nam historii powstania Pierścieni Władzy: trzy dla królów elfów, siedem dla władców krasnoludów i dziewięć dla władców ludzi. Gdy powstały, okrutny władca ciemności Sauron wykuł sobie po cichu Pierścień Jedyny, aby z jego pomocą podporządkować sobie inne ludy Śródziemia i kontrolować inne pierścienie. Ostatni sojusz ludzi i elfów pokonał go jednak w bitwie, a młody książę Isildur, którego ojciec Elendil zginął, odciął Pierścień z dłoni Saurona w czasie walki. Nie zniszczył go jednak, tylko zabrał dla siebie na własność. Sauron stracił cielesną powłokę, ale przeżył i ukrywał się, jego armia rosła w siłę, orkowie i inne złe plemiona rozmnożyły się, a pewnego dnia Isildur został nad rzeką zamordowany przez orków. Pierścień wpadł do rzeki i na dwa i pół tysiąca lat świat o nim zapomniał. Do czasu, aż wyłowili go dwaj przyjaciele z rasy podobnej do hobbitów: Smeagol i Deagol. Ten pierwszy chciał zabrać łup dla siebie, podając za powód, że należy mu się on jako prezent na urodziny. Deagol odmówił prezentu, bo sam chciał zachować Pierścień, więc przyjaciel udusił go i zabrał Pierścień dla siebie, odkrywając przy tym, że ten, kto go nałoży na palec, staje się niewidzialny. Pierścień miał złą moc przelaną przez Saurona i dlatego dał Smeagolowi nienaturalnie długie życie i zachęcał go do czynienia zła, aż rodacy go wygnali i przezwali Gollumem. Od tego czasu stwór ten ukrywał się przez 500 lat w Górach Mglistych, aż Pierścień podstępnie zsunął mu się z palca, gdyż posiadał coś na kształt własnej świadomości. Chciał teraz uciec od Golluma, ale los pokrzyżował mu plany, ponieważ Pierścień znalazł Bilbo Baggins, hobbit podróżujący po świecie wraz z grupą krasnoludów.
Sześćdziesiąt lat później, Bilbo w swoim rodzinnym kraju Shire obchodzi już 111 urodziny, podczas których żegna się z bliskimi i dosłownie znika, zakładając na palec Pierścień i wracając po cichu do domu, gdzie pakuje rzeczy i chce odejść w świat. Czarodziej Gandalf Szary, który wie dobrze o Pierścieniu, ale nie wie jeszcze, że to Pierścień Jedyny, upomina go za ten czyn i żąda, aby Bilbo zgodnie z postanowieniem oddał Pierścień Frodowi, swemu siostrzeńcowi, któremu zapisał cały majątek. Bilbo początkowo odmawia, ale w końcu się zgadza pod wpływem gróźb czarodzieja i odchodzi, uwalniając się wreszcie od wpływów Pierścienia, który teraz trafia w ręce Frodo. Czarodziej znika, mija siedemnaście lat, aż ponownie w Shire zjawia się Gandalf, który już wie, że pierścień Froda to ten Pierścień Jedyny. Wyjawia mu, że trzeba go zniszczyć i nie pozwolić na to, aby trafił on w ręce Saurona. Frodo chce go dać czarodziejowi, ale ten odmawia, gdyż boi się, że skuszony jego potęgą chciałby go użyć do czynienia dobra i obalenia Saurona, co zapewne by mu się udało, ale za cenę zamiany w bestię jeszcze gorszą niż sam Sauron. Dlatego prosi, aby to Frodo zaniósł Pierścień do Rivendell, krainy elfów, gdzie będzie bezpieczny przez jakiś czas. Sam obiecuje czekać na hobbita w miasteczku Bree, bo na razie musi jechać za swoimi sprawami. Rozmowę tę podsłuchuje ogrodnik Froda i jego wierny przyjaciel, Sam Gamgee, którego mag przyłapuje na tym i zmusza do tego, aby za karę towarzyszył Frodowi w podróży. Sam zgadza się, bo chce zobaczyć elfy. Obaj przyjaciele ruszają więc w drogę. Dołączają do nich dwaj inni hobbici: Pippin i Merry, którzy jednak nie wiedzą nic o Pierścieniu, a przynajmniej tak się wydaje. Po drodze natykają się na jednego z Nazguli, Upiorów Pierścienia, którzy niegdyś byli ludzkimi królami, którzy dostali od Saurona dziewięć magicznych Pierścieni i z ich powodu stali się z czasem jego wiernymi sługami. Nazgul, zwany też Czarnym Jeźdźcem, nie łapie jednak hobbitów, bo ci w porę się przed nim ukrywają pod korzeniami wielkiego drzewa. Po odjeździe potwora, Pippin i Merry wyjawiają Frodowi, że wiedzą o Pierścieniu, ponieważ Merry kiedyś widział Bilba używającego tego artefaktu i skojarzył ze sobą fakty, które poznał później, a Sam był szpiegiem ich obu i dowiedział się tego i owego. Frodo jest oburzony, ale przyjaciele uspokajają go, że chcą mu pomóc i przy okazji przypominają, że sam sobie nie poradzi. Pogodzeni docierają do miasteczka Bree, gdzie Frodo, zgodnie z radą Gandalfa, przedstawia się jako pan Underhill i potem daje popis talentów wokalnych, śpiewając piosenkę o człowieku z księżyca. Niestety, podczas występu spada ze stołu, na którym tańczył i Pierścień wpada mu na palec i na chwilę znika z oczu wszystkich zebranych, co ich bardzo przeraża. Dodatkowo Merry widzi w miasteczku kilka Nazguli i zostaje przez nie ogłuszony, na szczęście znajdują go i ratują ludzie oberżysty Buttermana. Sam oberżysta wie, że hobbici to przyjaciele Gandalfa i chce im pomóc, ale niewiele może zrobić. Pomoc ofiarowuje jednak tajemniczy Strażnik z Północy, człowiek zwany Obieżyświatem, który tak naprawdę nazywa się Aragorn i jak się okazuje, jest on potomkiem Isildura, więc zniszczenie Pierścienia traktuje jak swego rodzaju swoje przeznaczenie. Jak się okazuje, Aragorn na polecenie Gandalfa czekał tu na hobbitów, aby im pomóc, gdyby mag się nie zjawił. Teraz nadszedł więc czas, aby im pomóc. Oczywiście hobbici niezbyt mu ufają, ale nie mają wyboru i w końcu obdarzają go zaufaniem, zwłaszcza po tym, jak w nocy Nazgule próbują ich zabić i tylko dzięki czujności Obieżyświata stwory pocięły mieczami opuszczone i wypchane poduszkami łóżka hobbitów, które spały w zupełnie innym pomieszczeniu, oczywiście pod czujnym okiem Aragorna.
Następnego dnia bohaterowie ruszają w drogę, przechodzą przez bagna, a potem trafiają na Wichrowy Czub, ruiny starej twierdzy. Tam ponownie atakują ich Nazgule i podczas walki Frodo zakłada Pierścień na palec, aby im uciec. Niestety, w ten sposób staje się jeszcze lepiej dla nich widoczny i do tego stwory już wiedzą, który z nich ma Pierścień, więc Wódz Nazguli rani go zatrutym nożem w bark. Aragorn ratuje sytuację, ale Frodo musi szybko dotrzeć do Rivendell, aby tam zostać uleczonym przez władcę tej krainy, mądrego Elronda. Po drodze dołącza do nich wysłannik Elronda, elf Legolas, który szuka ich od jakiegoś czasu. Miłą przejażdżkę w jego towarzystwie utrudnia fakt, że ponownie atakują ich Nazgule. Frodo zostaje posadzony na konia Legolasa i ucieka, aż dociera do granic Rivendell, Nazgule jednak nie odpuszczają. Ponieważ hobbit jest ranny ich nożem, ich moc na niego jeszcze bardziej działa, dlatego stwory próbują go hipnotyzować, aby poddał się ich woli. Frodo opiera się i próbuje grozić im mieczem, ale zostaje znokautowany mocą Wodza Nazguli, a chwilę potem zjawia się pomoc: rzeka będąca granicą Rivendell nagle wysycha, po czym zamienia się w wielkie białe konie z piany wodnej i atakuje Nazgule, przez co te toną w wodzie, a przynajmniej tak się wydaje. Frodo jest więc bezpieczny.
Hobbit budzi się już zdrowy u Elronda, a obok jego łóżka siedzi Gandalf. Mówi on Frodo, że nie mógł przybyć do Bree, bo uwięził go inny czarodziej, jego dawny mentor i ex-przyjaciel, Saruman Biały, który uważa walkę z Sauronem za niedorzeczną i chce się do niego przyłączyć. Zaproponował też współpracę Gandalfowi, a gdy ten odmówił, uwięził go w swej wieży i próbował wyciągnąć informacje o Pierścieniu. Gandalf jednak uciekł z pomocą Gwahira, króla orłów, swego przyjaciela. I to on wyczarował te białe konie z wody i zmusił rzekę, by zaatakowała Nazgule. Wyjawia jednak, że Upiory przeżyły, straciły tylko swoje wierzchowce i na pewno wrócą po nowe do Mordoru, siedziby Saurona. Póki co jednak, mają od nich spokój. Gandalf zabiera Froda na naradę u Elroda, który u siebie zebrał przedstawicieli wszystkich wolnych ludów Śródziemia i chce się naradzić na temat dalszych losów Pierścienia. Na naradzie jest też obecny Bilbo, który teraz mieszka w Rivendell. Są tam też Legolas, Gandalf, Aragorn, a także krasnolud Gimli, rycerz Boromir i kilka innych osób. Boromir szczególnie jest zachwycony Pierścieniem i uważa, że trzeba go wykorzystać do zniszczenia Saurona. Elrond wyjawia jednak, co potwierdza Gandalf, że ten, kto używa tego Pierścienia, staje się taki sam, jak Sauron, a do tego Pierścień słucha tylko swego pana i nie da się go wykorzystać do jego zniszczenia, a jeśli nawet, to za cenę stania się kolejnym władcą ciemności. Jedyne, co można zrobić, to wedrzeć się do Mordoru, do miejsca zwanego Orodruiną lub Górą Przeznaczenia. Tam Pierścień został stworzony i tam tylko można go zniszczyć. Bilbo oferuje się zanieść tam Pierścień, ale Gandalf uważa, że nie jest on dość silny i młody, aby tego dokonać. Frodo więc oferuje swoje usługi i Elrond wyraża na to zgodę. Sam, który cały czas podsłuchiwał pod drzwiami, ujawnia się i oświadcza, że pójdzie z nim, na co Elrond też wyraża zgodę. Potem zostaje ustalony skład drużyny. Oprócz Froda i Sama zostają do niej przydzieleni Gandalf, Aragorn, Boromir, Legolas i Gimli, a także Pippin i Merry. Cała grupa rusza w drogę do Mordoru.
Pierwszy etap wyprawy nie jest prosty, na szczycie Gór Mglistych dopada ich wielka śnieżyca, przez którą nie da się przejść. W końcu Gandalf proponuje, aby iść przez kopalnie Morii, dawne i obecnie opuszczone królestwo krasnoludów. Aragorn oponuje, bo źle wspomina to miejsce, Gimli uważa to za najlepsze dla nich wyjście z sytuacji, Boromir pyta o zdanie Froda, czyli Powiernika Pierścienia, który zgadza się iść do Morii, skoro Gandalf tak proponuje. Udają się więc tam, ale nie mogą wejść do środka, bo na drzwiach jest napis: „Powiedz, przyjacielu i wejdź”. Próbują więc odgadnąć hasło, aż w końcu Gandalf odkrywa, że jest nim słowo „Przyjaciel” w języku elfów i drzwi się otwierają. Chwilę później atakuje ich wielki potwór wyglądający jak ośmiornica, Czatownik z Jeziora. Atakuje on Froda, ale przyjaciele ratują go i ukrywają się w głębinach Morii, do której stwór zawala wejście. Chcąc, nie chcąc, muszą więc tam iść i tak robią. Wędrują kilka dni, aż trafiają na grób Balina, dawnego władcy Morii i krewnego Gimlego, który opłakuje jego śmierć. Chwilę później zjawia się żerujący tu oddział orków i atakuje on naszych bohaterów. Drużyna broni się dzielnie, Frodo zostaje zaś uderzony włócznią w pierś, ale wychodzi z tego cało, gdyż ma na sobie specjalną kolczugę, którą przed wyjazdem dał mu Bilbo w prezencie, podobnie jak i elficki miecz (obie te rzeczy Bilbo zdobył w czasie wyprawy po skarb, co jest tematem „HOBBITA”). Drużyna ucieka, ale na swojej drodze spotyka również groźnego demona ognia Balroga. Gandalf staje z nim do walki i zawala pod nim most, jednak stwór pociąga go za sobą i mag spada z nim w otchłań. Drużyna załamana tą stratą, rusza dalej bez niego i trafia do Lothlorien, krainy elfów rządzonej przez mądrą Galadrielę i jej męża Celeborna. Tam przekazują im wieść o śmierci Gandalfa, którego wszyscy opłakują. Drużyna odpoczywa i nabiera sił, zaś Frodo i Sam widzą swoją przyszłość w magicznym zwierciadle Galadrieli. Nie jest ona pomyślna, ale królowa elfów im tłumaczy, że to wizja tego, co się stanie, jeśli zawrócą i zrezygnują ze swojej misji. Frodo jest gotów oddać jej Pierścień, a elfka, choć kuszona jego mocą, przełamuje pokusę i prosi hobbita, aby dokończył swoją misję, gdyż to jemu powierzono to zadanie.
Drużyna rusza dalej, ale jest śledzona przez Golluma, a dodatkowo w pobliżu kręcą się orkowie Sarumana, który ma niedaleko swoją siedzibę. Zastanawiają się, gdzie mają ruszyć dokładniej, w jakim kierunku i Frodo prosi Aragorna, który jest teraz liderem drużyny, aby dał czas do namysłu. Odchodzi kawałek w las i postanawia odejść z drużyny i samemu zanieść Pierścień do Mordoru, aby nie narażać swoich druhów na niebezpieczeństwo. Przychodzi do niego Boromir i rozmawia z nim na temat tego, co robić i proponuje, aby udali się do Gondoru, jego ojczyzny i spróbowali ją uratować, a wręcz proponuje hobbitowi, żeby ten użyczył mu mocy Pierścienia. Frodo widzi, że przyjaciel jest opętany mocą artefaktu i nie zgadza się. Boromir próbuje mu odebrać Pierścień siłą, ale Frodo zakłada go na palec i staje się niewidzialny. Boromir wtedy odzyskuje zmysły i wraca do reszty, gdzie mówi, co się stało. Drużyna rozdziela się, aby szukać Froda, co ten wykorzystuje do tego, aby wymknąć się w najbliższym kierunku do Mordoru. Przyłapuje go na tym Sam i zmusza do tego, aby pójść z nim. Frodo niechętnie się na to zgadza i obaj idą w kierunku krainy sił zła. Powoli tam zmierzają, ale odkrywają, że idzie za nimi cały czas Gollum. Zaczajają się na niego i łapią go, zmuszając do współpracy. Gollum już był kiedyś w Mordorze i może wskazać im drogę, więc robi to, ale po cichu marzy o odzyskaniu Pierścienia, który ciągle go kusi swoją mocą. Mimo to, ostrzega on hobbitów przed latającym na wielkim jaszczurze Nazgulem, który patroluje okolice. Potem zmierzają powoli w kierunku najbezpieczniejszego z możliwych wejścia do Mordoru. Hobbici nie wiedzą jednak, że Gollum chce ich zdradzić i prowadzi ich na spotkanie z tajemniczą istotą, o której jednak nie wiemy nic, poza tym, że jest mięsożerna i może zabić hobbitów, a Pierścień zostawić jemu. Frodo zaś spodziewa się, że okupi swoją misję życiem i jasno daje to Samowi do zrozumienia, mówiąc, iż nie wierzy w to, że obaj wrócą z tej misji żywi, ale nie jest to ważne, skoro za cenę swego życia ocalą świat.
Tymczasem Pippin i Merry wpadają w łapy orków Sarumana Białego. Ci zaś poszukiwali ich, bo wiedzieli, że któryś z hobbitów w drużynie ma Pierścień i chcą go zanieść swemu panu. Boromir broni przyjaciół, ale zostaje śmiertelnie trafiony zbyt dużą liczbą strzał wrogów i umiera, przed śmiercią wyjawiają wszystko Aragornowi, Legolasowi i Gimlemu, którzy za późno do niego dotarli. Trzej przyjaciele chowają godnie Boromira (puszczają jego ciało w łodzi z bronią jego i zabitych wrogów), po czym ruszają w pościg za wrogiem. Pippin zostawia na ziemi swoją spinkę w czasie postoju, aby przyjaciele wiedzieli, że on i Merry jeszcze żyją. Tymczasem na orków napada oddział ludzi z krainy Rohan, na której teren właśnie weszli. Na czele tych ludzi stoi siostrzeniec króla, Eomer. Za jego sprawą oddział orków zostaje wybity, a Pippin i Merry uciekają do lasu Fangorn, gdzie poznają pastucha lasu, enta o imieniu Drzewiec, który oferuje im swoją pomoc.
W tym samym czasie Aragorn, Legolas i Gimli też docierają do lasu Fangorn i spotykają tam czarodzieja w białym stroju. Sądzą, że to Saruman i atakują go, ale okazuje się, że jest to Gandalf, który żyje i ma się dobrze. Wychodzi na jaw, że Gandalf zabił Balroga, ale przypłacił to życiem, mimo to powrócił do niego jeszcze silniejszy, gdyż z woli bogów ma dokończyć zadanie zniszczenia zła na tym świecie. Uspokaja on przyjaciół, że Pippin i Merry mają się dobrze, po czym zabiera ich do siedziby króla Rohanu, Theodena, który niestety jest pod wpływem czarów Sarumana i jego szpiega, swego doradcy Grimy zwanego Smoczym Językiem. To przez intrygi Grimy wierny Eomer i jego oddział niedawno zostali wygnani. To z jego powodu orkowie Sarumana plądrują kraj i król nic z tym nie robi. Gandalf i jego przyjaciele docierają do siedziby króla, ten jednak jest tak opętany przez Grimę i czary Sarumana, że nie daje wiary jego słowom, do tego, jak się okazuje, zamienił się w bezwolnego starca. Gandalf jednak atakuje Grimę swoimi czarami i zmusza go do przyznania się do bycia szpiegiem. Theoden odzyskuje siłę woli i jasny umysł i z obrzydzeniem wypędza Grimę, po czym przedstawia naszym bohaterom swoją siostrzenicę, Eowinę, siostrę Eomera. Wie dobrze, że jeśli Saruman zaatakuje, a to więcej niż pewne, lepiej jest, aby zrobił to wtedy, gdy będą ukryci w twierdzy Helmowy Jar. Theoden i jego wierni ludzi tam też się udają, a z nimi Aragorn, Legolas i Gimli. Gandalf zaś jedzie sprowadzić nań odsiecz. Wkrótce następuje oblężenie. Orkowie Sarumana atakują twierdzę, ta broni się dzielnie i wydaje się, że się obroni, ale Saruman wystrzeliwuje wielkie zaklęcia, które rozwalają część murów obronnych i ułatwiają orkom wejście do twierdzy. Obrońcy zamykają się w stołpie, który wciąż szturmują wrogowie. W końcu, gdy odzyskują część siły, wyjeżdżają na koniach i szarżą pokonują część orków, ale tych jest wciąż więcej. Gdy już wydaje się, że nic im nie pomoże, z pomocą przybywa Gandalf z Eomerem i jego ludźmi, którzy biorą wroga w kleszcze i skutecznie pokonują armię Sarumana. Zło chwilowo zostało pokonane, po czym... następuje zakończenie filmu.
Teraz właśnie doszliśmy do największej wady tej produkcji. Opisuje on tylko i wyłącznie połowę książki i to jeszcze mocno okrojoną. Nie ma więc tu miejsca na lepsze poznanie postaci, to znaczy niektóre dobrze poznajemy, jak Froda, Sama, Gandalfa czy Aragorna, inne z kolei, jak Legolas i Gimli, a zwłaszcza Pippin i Merry nie są tak wyróżniający się, jak być powinni. Inne zaś ważne dla całej fabuły postacie, jak Eomer czy Eowina, nawet nic nie mówią przez cały film. Inne zaś, jak Saruman czy Grima, mają mało czasu ekranowego, aby w pełni docenić ich potencjał. Można powiedzieć, że akcja pędzi na łeb na szyję, aby tylko w jak największym skrócie pokazać wszystko do połowy książki. Nie ma tu więc Toma Bombadila i przygody z nim w lesie Bucklandzie, nie ma też spotkania z Billem Fernym, który sprzedał hobbitów Nazgulom w Bree, nie ma Arweny, nie ma też Bagginsów z Sackville ani wielu innych postaci, które w książce miały swoją rolę, a tutaj nawet nie ma o nich wzmianki. Z kolei Glorfindel, który pomaga naszym bohaterom dotrzeć do Rivendell został zastąpiony przez Legolasa, aby jego postać miała więcej czasu ekranowego, choć to akurat dobry pomysł, bo przecież i tak ten cały Glorfindel nie odgrywał w sprawie z Pierścieniem zbyt ważnej roli. Nie ma też spotkania Aragorna, Legolasa i Gimlego z Eomerem i jego ludźmi tuż po bitwie z orkami, podczas której Pippin i Merry uciekli do lasu, nie ma sceny, jak Gandalf prezentuje drużynie swego konia Cienistogrzywego (w filmie po wyjściu z lasu Fangorn po prostu go ma i już). Nie ma też wielu scen, które by lepiej nam wszystko wyjaśniły. Film miał mieć nieco ponad dwie godziny i tyle. Drugi film miał dokończyć dzieła. Czemu więc nie powstał? Zabrakło kasy, takie czasy, jak śpiewał kiedyś jeden z kabaretów. Dodatkowo film nie spodobał się publiczności. Dzieci nie chodziły do kina na dość brutalny i groźny film animowany, z kolei zaś dorośli fani nie byli za bardzo zainteresowani filmem animowanym, woleli by już produkcję aktorską. Również upchnięcie na siłę w dwugodzinnym filmie połowy książki z pominięciem kilku ważnych scen nie pomogło produkcji.
Nie pomaga również sposób ukazania kilku postaci. Hobbici w większości to wyglądają jak dzieci, zwłaszcza Pippin i Merry, którzy dodatkowo są narysowani w taki sposób, że są do siebie niesamowicie podobni i chwilami trudno ich od siebie odróżnić. Gandalf jest stereotypowym wysokim magiem z długą, siwą brodą i szpiczastym kapeluszem oraz chodzącym o lasce i to chwilami z trudem, choć to pasuje do jego opisu z książki, ale niekiedy wygląda, jakby bez laski nie mógł się poruszać, a innym razem śmiga bez niej swobodnie i nawet wrogów ciacha. Chyba, że to działa jak z Mistrzem Yodą, co chodzi o lasce, a mimo to nagle bez trudu naparza się na miecze z Dooku czy Sidiousem, wtedy w porządku. No, ale co z resztą wyglądu postaci? Sam oberwał najmocniej, gdyż wygląda jako dorosły człowiek karzeł i to nieco upośledzony umysłowo, a w każdym razie w kilku scenach tak się wydaje. No, ale najlepsze dopiero przed nami: Aragorn wygląda tu jak Indianin, Boromir ma wygląd Wikinga i obaj wyraźnie zapomnieli nałożyć spodnie. Z kolei zaś Elrond przypomina wyglądem Rzymianina. Nie wpływa to pozytywnie na odbiór filmu. Choć wygląd postaci bywa niekiedy strasznie dobry. Choćby sam Sauron, którego widzimy tylko na początku jako cień na czerwonej tkaninie, na którym się toczy cały prolog. Ma hełm z rogami i w ogóle wygląda groźnie, a tę grozę potęguje fakt, że nie widzimy szczegółów jego postaci. Świetnie też tutaj wypadły Nazgule, którzy na koniach prezentują się jak jednocześnie Wikingowie i Jeźdźcy Apokalipsy. Dodatkowo fakt, że podczas chodzenia po ziemi poruszają się jak powykręcane kaleki, co nawiasem mówiąc ma odnotowanie w powieści, też nie wpływa uspokajająco na nas, kiedy widzimy ich w akcji. Czasami tylko może tak za mocno jęczą i syczą, ale cóż... I tak wypadają dobrze.
Dziwi mnie natomiast wygląd Sarumana. Niby mówią, że to Saruman Biały, a cały czas nosi czerwoną szatę. Wiemy co prawda z książki, iż Saruman ogłosił się Sarumanem Wielu Barw i miał pod białym płaszczem strój w kolorach wszystkich, jakich się tylko da, ale mimo to prawie cały czas chodził w bieli i film jakoś tego nie umiał odnotować. Poza tym nikt nie przebije Christophera Lee w jednej ze swoich życiowych ról w obu trylogiach Petera Jacksona. No i jeszcze dodajmy to, że w większości scen w oryginalnym dubbingu do filmu Saruman, aby go jakoś odróżnić od Saurona, nazywany jest Aruman. Na szczęście nie we wszystkich scenach i w polskim dubbingu konsekwentnie nazywają go Sarumanem. Tyle dobrego, że nasi umieli poprawić to, co oryginał schrzanił.
Jeśli chodzi o przedstawienie postaci, kilka z nich wypada świetnie i to nawet dużo lepiej niż w trylogii Jacksona. Przede wszystkim dotyczy to Frodo, który w książce miał pięćdziesiąt lat, gdy ruszał w podróż, podobnie zresztą jak Bilbo, gdy ruszał w swoją. Zatem jest on dojrzałym facetem, który co prawda nie zna jak dotąd świata poza Shire, ale umie sobie nawet nieźle radzić. W filmie Jacksona z kolei zrobili z niego młodzika pchającego się bezmyślnie na wyprawę, o której nie ma zielonego pojęcia i który przez Pierścień często zachowuje się nie tyle podle wobec Sama, co raczej żałośnie, niczym rozkapryszona diwa i sprawia, że choć wiemy, iż to Pierścień tak na niego działa, to jednak nie za bardzo umiemy go lubić. W filmie animowanym z kolei Frodo zachowuje się jak Frodo z książki, w scenie ataku Nazguli próbuje walczyć, gdy ucieka z Pierścieniem na koniu Legolasa grozi przeciwników i nie chce im się poddać. W filmie aktorskim zaś Frodo łatwo ulega Nazgulom i puszcza miecz, gdy ci go atakują i ranią nożem, a potem jest praktycznie na wpół przytomny, gdy ucieka przed Nazgulami na koniu elfickim i nie robi tego sam, tylko musi go ratować Arwena, ukochana Aragorna. Dość kiepsko, panie Baggins. Dlatego miło zobaczyć w animowanej wersji nieco lepszą i bardziej zaradną wersję Froda.
No, a co z resztą postaci? Gandalf jest super i nie ma się czego uczepić. No, może tylko tego, że czasami za bardzo krzyczy na wszystkich, a już zwłaszcza na Pippina. Galadriela wydaje się być sympatyczna i nie budzi najmniejszej nawet grozy, co robiła już chwilami w filmie, dzięki czemu mogliśmy zrozumieć, czemu krążyły o niej złe legendy i Drużyna częściowo się jej obawiała. Tutaj te obawy już mogą dziwić, bo jest urocza i słodka i czego od niej chcecie? Również to, jak jest kuszona przez Pierścień nie wypadło najlepiej: po prostu śmieje się i tańczy, jakby była na haju i opowiada, jak widzi swoją przyszłość z Pierścieniem, po czym nagle dodaje, że przetrzymała próbę i uspokaja się. W filmie nieco zbyt efektownie już pokazali jej kuszenie przez Pierścień, ale przynajmniej widać, jak groźna by się stała, gdyby przyjęła propozycję Froda i w kilku początkowych scenach na serio może przerazić lub przynajmniej wzbudzić niepokój, dopiero potem odkrywamy, że to osoba godna zaufania. Za to Aragorn, choć wyglądający jak Indianin, nieco lepiej charakterem wypada niż w filmie, gdzie to przede wszystkim waleczny i dobry zawadiaka, który z czasem zostaje królem Gondoru, z kolei w bajce ma w sobie coś nie tylko z wojownika, ale i zdolnego dyplomaty, który umie działać nie tylko mieczem, ale i głową, kiedy trzeba, także znowu punkt dla Bakshiego.
Orkowie wypadają tu chyba najsłabiej. Widać chwilami, że są to ludzie w dość dziwnych maskach z kłami wampirów, odstającymi uszami i białymi, jakże strasznymi punkcikami zamiast oczu. Straszne dla dzieci, dla dorosłych raczej takie dość kiepskie. A najgorzej moim zdaniem wypada Balrog, który wygląda jak skrzyżowanie nietoperza z lwem i chwilami przypomina mi mantikory z „MY LITTLE PONY” niż demona ciemnego ognia i służalca złych mocy. Do tego nie wiem, dlaczego raz lata, a innym razem, gdy Gandalf odrywa mu podłoże pod nogami, spada w dół i zapomniał, że ma skrzydła? Choć z kolei upadek Gandalfa już lepiej wypada niż w filmie, gdzie Drużyna nie próbuje nawet maga ratować, tylko stoją biernie i patrzą, co się dzieje, a ten jeszcze chwilę się trzyma i potem spada. W bajce po prostu Balrog pociąga maga za sobą i ten spada od razu, zaś Aragorn próbuje go złapać, co mu się nie udaje. Już dużo lepiej. Najsłabiej jednak, jeśli chodzi o wydarzenia, wypada bitwa o Helmowy Jar, która nie wygląda zbyt epicko ani nie trzyma zbyt mocno w napięciu. Dodatkowo wódz orków Sarumana jeździ na koniu, co jest niezgodne z książką i dodatkowo Saruman ma na usługach hordę psów, które pojawiają się tylko raz czy dwa i na tym koniec. Dosyć dziwne pomysły. I jeszcze, czemu dzieje się to na czerwonym tle? Ma to podkreślić fakt, że krew się poleje? Dziwne dość.
Oczywiście nie jest to film składający się z samych wad. Jest dość dobry i naprawdę warty zobaczenia, a zwłaszcza w polskim dubbingu. Wersja z lektorem nie jest zła, możemy w niej usłyszeć przecież słynnego Johna Hurta w roli Aragorna, a przecież John Hurt to prawdziwy talent przez duże T. Jednak film w polskiej wersji językowej brzmi dużo lepiej, głównie z powodu obsady, jaką zebrali do polskiego dubbingu, a ta jest imponująca, gdyż wystąpili w niej:

Łukasz Lewandowski jako Frodo Baggins
Mieczysław Morański jako Samwise Gamgee (Sam)
Leszek Zduń jako Peregrin Tuk (Pippin)
Marcin Przybylski jako Meriadock Brandybuck (Merry)
Włodzimierz Bednarski jako Gandalf Szary
Marek Barbasiewicz jako Aragorn
Jacek Czyż jako Boromir
Jacek Kopczyński jako Legolas
Jan Kulczycki jako Gimli
Janusz Bukowski jako Bilbo Baggins
Katarzyna Tatarak jako Galadriela
Jarosław Boberek jako Gollum
Marek Frąckowiak jako Saruman Biały
Eugeniusz Robaczewski jako Theoden
Rafał Walentowicz jako Celeborn
Andrzej Precigs jako Grima „Smoczy Język”
Andrzej Bogusz jako Drzewiec
Wojciech Machnicki jako Barliman Butterbur, Ugluk i Odo Proudfoot
Janusz Wituch jako Elrond, Deagol, Wódz Nazguli i ork Grishnakh
Dorota Kawęcka jako kobieta w gospodzie
Mariusz Benoit jako Narrator

Jak więc widać, polska obsada dubbingu do tego filmu naprawdę robi spore wrażenie i można tu usłyszeć same znakomitości. Już dla nich samych warto więc ten film obejrzeć. Oczywiście zalet jego jest więcej, jak choćby dobre oddanie tych scen, kiedy niespodziewanie pojawia się magia, naprawdę świetne oddanie ducha książki i lepsze pokazanie postaci Froda, wysiłek, jaki wyraźnie włożone w tę produkcję, jak i również miłość do Tolkiena i jego dzieła, jaka została tu ukazana. Dodatkowo warto jeszcze zauważyć, że film ten docenił sam Peter Jackson, czego może dowodzić choćby fakt, iż wyraźnie wzorował się on w swojej trylogii filmowej „WŁADCA PIERŚCIENI” na filmie animowanym Bakshiego. Dowodzi tego wyraźnie choćby to, jak zakończyła się druga część trylogii: na bitwie o Helmowy Jar i tym, że Gollum prowadzi Froda i Sama na spotkanie z nieznanym niebezpieczeństwem, czyli spotkanie z wielką pajęczycą Szelobą, której na całe szczęście nasi bohaterowie umykają i wypełniają swoje zadanie, mało przy tym nie ginąc, a przyjaciele dokańczają wojnę o Pierścień z Sauronem i Aragon zasiada na tronie swego królestwa jako król. Ale o tym nie dowiadujemy się już z bajki, ani z drugiej części trylogii filmowej, to wszystko odkrywamy dopiero w trzeciej części tejże trylogii, no i oczywiście w książkach. Film animowany jednak kończy się dokładnie tak samo, jak później druga część trylogii Jacksona. Przypadek? Oj, nie sądzę. Podobnie jak nie jest przypadkiem początek historii filmowej: narrator nas wprowadza w świat Śródziemia i wyjaśnia, skąd się wzięły Pierścienie i co się stało z tym, który nas interesuje najbardziej. Zarówno film animowany, jak też i trylogia Jacksona zaczynają się dokładnie tak samo. Również wątek, że Eomer zostaje wygnany przez Grimę i Gandalf go sprowadza na pomoc pod Helmowy Jar też powstał w animacji i Jackson go sobie pożyczył, podobnie zresztą jak też i kilka scen np. przemowa Bilbo podczas swoich urodzin i jego nagłe zniknięcie, ukrywanie się hobbitów przed jednym z Nazguli pod korzeniami drzewa i wielka walka Froda z pokusą, aby założyć wtedy Pierścień na palec, czy też choćby próba zabicia hobbitów przez Nazgule w Bree. Te sceny są jakby żywcem wydobyte z filmu Bakshiego, czego zresztą sam Jackson nie ukrywał i zaznaczał, że jest to swego rodzaju hołd od niego dla wielkiego poprzednika.
Na sam koniec dodam jeszcze, że Bakshi planował nakręcić jeszcze drugą część filmu, w której dokończyłby wątek, a także animowanego „HOBBITA”, który to miałby być znacznie lepszy od wersji z 1977 roku. Ponieważ jednak ten film nie spodobał się publiczności jak należy, producenci uznali, że inwestowanie w kolejne produkcje Bakshiego nie ma sensu i odcięli go od funduszu, w wyniku czego musiał on porzucić swoje wielkie plany. Uważam, że to wielka strata, ponieważ gdyby jego plany doszły do skutku, wszystkie trzy filmy byłyby naprawdę dobre. Podobno nawet Bakshi chciał nakręcić nie dwie, ale trzy animacje na podstawie „WŁADCY PIERŚCIENI”, ale producenci się upierali, przeszkadzali, podcinali mu skrzydła i w końcu zdecydował się na dwa. A potem na tylko jeden, gdy drugiego nie miał już za co kręcić. Przykre, bo w ten sposób straciliśmy dobrą szansę na to, aby dla odmiany czasem obejrzeć nie tylko kultową już dziś trylogię Jacksona, lecz coś innego i móc to porównać z całym dziełem pana Petera. Tak zaś możemy oglądać tylko jeden film i porównywać go z dwiema pierwszymi częściami wyżej wspomnianej trylogii. Choć i to warto, dlatego zachęcam was do zapoznania się z pierwszą próbą stworzenia dobrej adaptacji znakomitej powieści J.R.R. Tolkiena, gdyż choć nie jest ona wybitna, to wszystko to, co robi dobrze, po prostu robi dobrze. I już za samo to warto ją obejrzeć, a co dopiero za całą resztę.

poniedziałek, 26 lipca 2021

Księga Ksiąg (2011-2013)


Ostatnio rozmawialiśmy o serialu anime „SUPER KSIĘGA”, który bardzo mi się spodobał i znalazł szczególne miejsce w moim sercu, gdyż przypomniał mi moje dzieciństwo oraz wszystko pozytywne, co jest z nim związane. Przy okazji tego serialu wspomniałem o tym, że powstał remake, czy może raczej reboot (znawcy do dziś sprzeczają się, co to dokładniej jest) tego serialu, nie tak dobry jak oryginał, choć warty wzmianki. O nim dziś chciałbym zatem opowiedzieć, czyli o serialu „KSIĘGA KSIĄG”. Zasługuje on na miejsce na tym blogu, bo choć nie jest bajką mojego dzieciństwa, to jednak pomógł mi przypomnieć sobie o oryginale, o którym już prawie zapomniałem. Ponieważ to właśnie „KSIĘGA KSIĄG” jako pierwsza przypadkiem mignęła mi w telewizji parę lat temu, sprawiając, że się nią zainteresowałem i chciałem bliżej poznać. Potem z kolei przypadkiem trafiłem na „SUPER KSIĘGĘ” i dostrzegłem uderzające podobieństwa fabularne. A potem przypomniałem sobie ten drugi serial od początku i odkryłem, że znałem go w dzieciństwie, co sprawiło, że chętnie znowu go poznałem i polubiłem. Także więc, suma summarum, „KSIĘGA KSIĄG” wszystko zapoczątkowała i już za samo to zasługuje na recenzję ode mnie, choć nie jest to równie dobre dzieło, co jego wielki poprzednik, ale nie jest też godzien jedynie krytyki, choć i na nią zasługuje, o czym się zresztą zaraz dowiemy.
Na temat fabuły nie trzeba się specjalnie rozpisywać, prawda? Bo przecież znamy ją dzięki poprzedniej recenzji. W małym domku, na skraju miasta żył sobie chłopiec imieniem Chris i chodził do szkoły ze swoją najlepszą przyjaciółką i zarazem sąsiadką Joy, a potem oboje znaleźli na strychu magiczną Biblię, która co jakiś czas przenosiła ich w czasy biblijne i pomagała im je lepiej poznać, a przy okazji też wyciągnąć lekcje na przyszłość. Niestety... To jest fabuła oryginału. A remake ma znacznie inną fabułę. Znaczy o podobnym schemacie, ale już nie tak dobrym. Przede wszystkim Chris nie mieszka w małym domku, tylko w wielkim i pięknym, bogatym domu. Jego ojciec jest naukowcem, ale tutaj jest wynalazcą i sporo zarabia na swoich dziełach. Przyjaciółką Chrisa jest Joy, ale nie jest już ona uroczą i słodką blondyneczką, tylko zadziorną, nieco zarozumiałą i chwilami też dość chamską szatynką, która łatwo się denerwuje, przynajmniej w niektórych odcinkach i nie jest zakochana w Chrisie, jak w oryginale. Już coś jest nie tak, czyż nie? A to dopiero początek. Zamiast magicznej książki mamy magiczną dyskietkę, z której się zawsze wysuwa hologram Biblii, który wciąga naszych bohaterów do środka i zabiera na spotkanie z jakimiś biblijnymi postaciami. Dodatkowo, jak się pewnie już domyślacie, akcja się rozgrywa nie pod koniec XX wieku, ale gdzieś w XXI wieku i to nawet nie w naszych czasach, ale jakieś odległej przyszłości, bo bohaterowie używają nagminnie takich rzeczy jak odrzutowe wrotki, latająca deskorolka, hełmy z hologramami gier itd. W ogóle wizja świata w tym serialu jest dość futurystyczna, jeśli można to tak nazwać, a w każdym razie przypomina ona wizje XXI wieku, jakie tworzyli pisarze sf w swoich dziełach w XX wieku, gdy lata po 2000 roku były jeszcze daleko. Może to więc sugerować, że to jest chyba koniec XXI wieku lub nawet początek XXII wieku. Już się robi nieźle, co? A to dopiero początek niespodzianek i zmian w stosunku do oryginału. Zmian w większości raczej na gorsze.
Dzieci w polskim dubbingu nazywane są Krzyś i Ola i my też ich będziemy tak nazywać, ponieważ nie mają oni w żaden sposób uroku, jaki posiadali Chris i Joy z oryginału. Krzyś jest chłopcem nieco aroganckim i pewnym siebie, bardzo niechętnym do nauki, uwielbiającym zabawę i przygody, mającym słabość do filmów sf, gier komputerowych i gry na gitarze elektrycznej, a także jazdy na deskorolce czy wrotkach. A zatem jest to typowy chłopak pokolenia komputerów i XXI wieku. Ola z kolei jest dziewczynką poukładaną i dobrą, ale niestety niekiedy dość nerwową, a zwłaszcza widać to w kilku odcinkach, gdzie drze się na swoich przyjaciół z byle powodu. Do tego zwykle przestrzega zasad i lubi się tym niekiedy popisywać i wytykać Krzysiowi, że znowu łamie jakieś zasady. Na całe szczęście robi to tylko w I sezonie, w II już sama nieraz łamie zasady i jakby sobie odpuszcza. Ale w I jest po prostu nie do wytrzymania. Chodzący ideał, a w każdym razie na takiego pozuje, ponieważ ma wiele pozytywnych cech, jest dobra, pracowita, wrażliwa i chętna do pomocy, ale też nerwowa, zawzięta i uparta jak koza, dodatkowo też niekiedy wydaje się łatwo kogoś potępiać i to jeszcze zanim go lepiej pozna. Na szczęście te cechy znacznie zanikają w II sezonie i już tam jest dużo sympatyczniejsza, choć dalej ma swoje odchyły, ale cóż... Nikt nie jest przecież doskonały. W ogóle trochę mnie denerwuje to, że Ola wychodzi niekiedy w tych odcinkach z sezonu I na chodzący ideał, a Krzyś na łobuza, ale z dobrym sercem, szczerze żałującym, ale nie na tyle, aby nie złamać znowu jakiś zasad, gdy tylko ma ku temu okazję. Chyba twórcy wychodzili z założenia, że jak chłopak, to zawsze musi być łobuziak, a jak dziewczynka, to wzór cnót. Na szczęście Ola nie jest uosobieniem ideałów i do aniołka jej daleko, ale wkurza to, iż w pierwszych odcinkach na taką chwilami pozuje i bardzo rzadko przyznaje, że sama zawaliła. W sezonie II na szczęście już spuszcza nieco z tonu i da się z nią wytrzymać, a nawet ją lubić tak samo zresztą, jak i w sezonie III.
Tak właśnie rysują się postacie głównych bohaterów. No, ale gdzie jest trzeci bohater, robot Gizmo? On też tu się znalazł, ale nie jako zabawka zabierana przez moc Super Księgi do świata Biblii i w tym świecie zamieniana w robota. Nie, w tej wersji on po prostu już jest robotem i to mającym w sobie całą masę super fajnych gadżetów jak skrzydła z odrzutowym silnikiem, komputer pełen ogromnej wiedzy, tłumacz języków obcych oraz kilka innych jeszcze rzeczy. W ogóle, w tej wersji Gizmo jest czymś w rodzaju połączenia C-3PO z Inspektorem Gadżetem. Co nie zmienia faktu, że jest tu bardziej irytujący niż w oryginale, gdzie też bywał nieco irytujący i czasami zastanawiamy się, po co w ogóle on towarzyszy dzieciom w podróżach, ale mimo wszystko był też zabawny. Tutaj z kolei bywa też zabawny, lecz o wiele częściej wkurzający. Choć na plus trzeba mu dodać, że niekiedy ratuje z pomocą swoich gadżetów dzieci z opresji. Tyle dobrego. Choć więcej irytuje on swoich towarzyszy podróży, zwłaszcza wtedy, kiedy z byle powodu popisuje się wiedzą, jaką posiada. No, ale można mu to ostatecznie wybaczyć, bo mimo to jest z niego jakiś pożytek w czasie przygód.
Skoro omówiliśmy sobie te postacie, musimy wspomnieć o rodzicach. Krzyś ma oboje rodziców, Ola także. Rodzicami Krzysia jest profesor Proton, znany wynalazca, który kosi niezłe szmal na swoich dziełach. Z kolei jego żona, a mama Krzysia, pani Marta to... Po prostu mama Krzysia. Nie wiemy, gdzie pracuje i czy w ogóle pracuje, czy po prostu żyje z kaski męża, chociaż w dużej mierze też jej nie ma po całych dniach w domu, więc chyba jednak gdzieś pracuje... Albo łazi na ploty do koleżanek i na zakupy, wydając ciężko zarobiony szmal męża. Kto ją tam wie? W sumie podobnie robiła mama Chrisa w oryginale, ale wiecie... Tam mama przynajmniej była sympatyczna, ta zaś jakoś nie bardzo mi się spodobała. Była zbyt zasadnicza chwilami i zdecydowanie za surowa wobec syna, zwłaszcza w kilku odcinkach. No, a rodzice Oli? Plus dla twórców, że ich ukazali, bo jak wiemy, w oryginale nie wiemy, kim są rodzice Joy. Wiemy tylko, że są, ale nigdy ich nie widzimy na ekranie. Tutaj możemy ich obecność uświadczyć, ale cóż... Nic poza tym o nich nie wiemy, że ich widzimy kilka razy i coś tam powiedzą. A więc plus, jak też i minus w tej kwestii. Ale doceniam to, że chociaż pokazali, iż Ola ma rodziców i że oni żyją.
No, to mamy już postacie. A co z fabułą? W sumie podobna do oryginału, tylko tutaj mamy to, czego nie pokazali w pierwowzorze i czego brak dla mnie po prostu olbrzymim plusem, a czego obecność tutaj jest olbrzymim minusem. Ale po kolei. A więc Krzyś i Ola w każdym odcinku stają przed czymś, co sprawia, że się pojawia Księga Ksiąg i wbrew temu, czy oni chcą lecieć, czy nie, zabiera ich wraz z Gizmo w podróż. No i już tu mamy pierwszy minus. Super Księga miała o tyle taktu, że zawsze zabierała dzieci w podróż wtedy, gdy te miały na to czas i ochotę, Księga Ksiąg z kolei jest mniej subtelna, po prostu zabiera dzieci wtedy, gdy ma akurat na to ochotę i nikt się tu nikogo o nic nie pyta. Po prostu zabiera dzieciaki i tyle. Ale to jeszcze pół biedy. Pytanie, dlaczego ich zabiera? W oryginale dzieci z jakiegoś powodu wspomniały o czymś, a Super Księga uznała, że to jej przypomina coś związanego z Biblią, proponuje dzieciom wycieczkę, te się zgadzają i lecą. A więc podróż pełna przygód dla samej podróży. Nie chodzi o to, aby koniecznie zdobyć jakąś wiedzę, po prostu dobrze się bawić i przy okazji też się czegoś nauczyć. Nauka poprzez zabawę. To rozumiem. Księga Ksiąg z kolei obserwuje dzieciaki i nagle odkrywa, że te postępują niewłaściwie z jakiegoś powodu albo po prostu mają dylemat, jak postąpić, bo chcą postąpić właściwie, ale nie wiedzą, czy powinni, bo się boją z jakiegoś powodu. Albo kusi ich zrobienie czegoś złego, ale wiedzą, że nie powinni i muszą zrobić inaczej, lecz mają w tej kwestii wątpliwości. Albo po prostu w ogóle nie wiedzą, co zrobić, załamują ręce i... I wtedy zjawia się deus ex-machina, znaczy Księga Ksiąg i zabiera dzieci w podróż, podczas której one rozumieją, jak należy postąpić i wracają do domu. A więc mamy czysto moralizatorski przekaz. Ale można go jeszcze przeboleć. To nie jest największa wada tego serialu.
Najgorsze, co ten serial mogło spotkać, czego oszczędzono oryginałowi, to jest religijność tej produkcji. Oczywiście nie wydaje się to dziwne, prawda? Przecież to jest opowieść o podróży po świecie Biblii, więc jak nie może być religii w takiej bajce? Ale mimo wszystko oryginał jakoś nie miał tego i był naprawdę bardzo dobrą produkcją. Czy zatem remake z tą religijnością jest dobry? Tak, ale nie aż bardzo dobry. To, że zabrakło tego w oryginale było plusem, dzięki czemu każdy może obejrzeć ten serial, nawet niewierzący może w nim odnaleźć coś dla siebie. A remake z kolei jest wyraźnie chrześcijański. Co chwila podkreślają w nim rolę Boga w życiu człowieka, a choć niekiedy ma to sens, to w innych przypadkach jest po prostu żałosne i męczące. Bo w końcu, po co mieszać Boga praktycznie do wszystkiego i każdego czynnika życia na tym świecie? Twierdzić, że Bóg nas zawsze obroni, jeśli tylko reprezentujemy słuszną sprawę? Niestety, jak dobrze wiemy, tak to wcale nie działa i powtarzanie tego w bajce jest nie tylko głupie, ale i szkodliwe. Na ten przykład: w jednym odcinku Krzyś boi się pomóc chłopcu, którego gnębi szkolny łobuz. W sumie problem dobry, w końcu chce pomóc, ale też się boi, że sam oberwie, a jemu nikt nie pomoże. Ola uważa, że trzeba pomóc, Krzyś się boi samemu dostać łomot. Księga Ksiąg zabiera ich więc na spotkanie z Danielem, prorokiem, który miał być rzucony lwom na pożarcie, ponieważ żył na terenie imperium babilońskiego i wprowadzono dekret, że przez kilka dni nie wolno czcić innego boga niż sam król. Daniel się mimo wszystko modlił i... Tu się zaczyna problem. Krzyś i Ola ostrzegają go, on jednak się dalej modli. Krzyś radzi mu więc, aby zachował rozsądek i zamknął okno, Daniel jednak mówi, że nie może, bo wtedy by się okazało, iż boi się tego, co jest słuszne. Ola go popiera i się modli z nim, potem widzą ich przez okno ludzie i aresztują Daniela, dzieciaki z trudem uciekają, Daniel trafia do jaskini lwa, ale anioł Boga go ratuje i dzieci już wiedzą, co należy zrobić i stają w obronie dręczonego chłopca, a cały plac zabaw staje za nimi i do tego Gizmo daje łobuzowi nauczkę. Wszystko fajnie, tylko... Zgrzyt się pojawia tam, gdzie Krzyś radzi Danielowi, aby zachował rozum i nie popisywał się swoją wiarą. Daniel jednak sugeruje, że byłby tchórzem, gdyby tak zrobił. Nie, kochani. On byłby po prostu normalnym, rozsądnym gościem, który chce wierzyć, ale nie afiszuje się tym. A mimo to robi swoje i jeszcze Bóg go za to nagradza. Ola popierająca go wychodzi na odważną, a Krzyś, który próbuje w tym wszystkim zachować zdrowy rozsądek, wychodzi na tchórza. To jest po prostu nie fair, a dodatkowo jeszcze sugeruje dzieciom, aby zachowywali się jak idioci, byle tylko wierzyli w Boga i postępowali słusznie i zarazem bezmyślnie, bo sporo, wszak Pan Bóg nas ocali. Guzik prawda, drogie dzieci. Dobrze wiemy z historii, że tak nie jest. Pan Bóg może ocalił kilku ulubieńców z Biblii, ale innym pozwolił umrzeć jako męczennikom za słuszną sprawę. I tych, którym pozwolił umrzeć jest o wiele więcej niż tych, których ocalił. Nie znaczy to, oczywiście, aby nigdy nie walczyć o słuszną sprawę, ale może robić to z głową, a nie iść bezmyślnie na śmierć i liczyć, że Pan Bóg nas ocali? No cóż... Serial nam zdaje się sugerować coś wręcz przeciwnego.
To nie jest oczywiście koniec tego typu smaczków. W innym odcinku bowiem Krzyś przewodzi wystawie stworzonej przez swego ojca i znika z niej, podczas chwilowego wygaśnięcia prądu, jeden z wynalazków. Krzyś głowi się, co teraz zrobić i nagle Księga Ksiąg porywa jego, Olę i Gizmo na spotkanie z Salomonem, gdzie Krzyś uczy się... W sumie czego? Logicznego myślenia w obliczu tego typu sytuacji? Sztuki dedukcji? A guzik tam! Salomon go uczy, że nie można polegać na sobie, tylko na Bogu. Pomódl się o rozum, a dostaniesz go i rozwiążesz swoje wszystkie problemy, tylko módl się długo i intensywnie. No super. I o dziwo, potem Krzyś wracając do domu robi właśnie to, co mu radzi Salomon i... znajduje rozwiązanie zagadki. Super, Sherlock Holmes dla ubogich się znalazł. Tak to ja też umiem rozwiązywać zagadki. A gdzie myślenie, gdzie próba wyciągnięcia jakiś sensownych wniosków i połączenia ich w jeden fakt? Już Ojciec Mateusz, chociaż ksiądz, więcej na własnym rozumie polega niż na opiece Boga i nie czeka na jego pomoc, tylko sam coś robi. Także cóż... Głupio brzmi, co? A tego typu sytuacji jest dużo więcej, gdy mówią bohaterowi, żeby zaufał Bogu, a wszystkie jego problemy same się rozwiążą. Sorki, drogie i kochane dzieci, ale rozczaruję was... Niestety, ale... TO TAK NIE DZIAŁA!
Najbardziej irytującym mnie odcinkiem jest ten, w którym bohaterowie mają przygodę, podczas której widzą ukrzyżowanie Jezusa. W tej przygodzie Krzyś nie chce brać udział w rodzinnej kolacji, bo chce iść na koncert. Mamusia uważa wszakże, że musi być, bo na kolacji będzie wujek, który bardzo chce go zobaczyć. Kłócą się i pojawia się Księga Ksiąg, która zabiera jego, Olę, Gizmo i Martę do czasów Jezusa i bohaterowie są świadkiem jego ukrzyżowania. Krzyś i mama widzą, jak bardzo się przejmuje Maryja o swojego syna, obie matki się jakoś ze sobą dogadują i wyraźnie matka i syn poprawiają swoje relacje. Pomijam tu fakt, że Krzyś się boi o mamę i nie chce, aby ta szła na kaźń Jezusa, bo coś jej się może stać, a ta mu odpowiada: „Krzysiu, zawsze musisz myśleć tylko o sobie?”, co jest ze strony jego matki jawną niesprawiedliwością. Ale to, co się dzieje na końcu jest żałosne. Bo bohaterowie przeżyli przygodę, podczas której Marta zrozumiała, ile dla niej znaczy jej syn i vice versa, wracają do domu i co? I HUNÓW STO! Po powrocie mama o wszystkim zapomniała, Krzyś zaś przeprasza ją i obiecuje być na kolacji i spotkać głupiego wujaszka, który raz na ruski rok sobie o rodzinie przypomina i chce zobaczyć ulubionego siostrzeńca. Po prostu super. Genialne i dydaktyczne podejście do życia, przekazywane przez ten serial. Znowu Krzyś wychodzi na tego złego, a mama na tę, co zawsze wszystko lepiej wie i nigdy, ale to praktycznie nigdy się nie myli.
Kolejną wadą serialu jest to, że bohaterowie wydają się nigdy nie pamiętać osoby, którą raz już spotkali podczas swoich podróży po Biblii, a i te osoby też nigdy ich nie pamiętają, co wydaje się dość dziwne. W oryginale przecież kilka razy postacie z Biblii pamiętały, że już raz spotkały Chrisa i Joy, tutaj nie ma czegoś takiej, ale to jeszcze pół biedy. Gorzej, że sami zainteresowani też się zdają nie pamiętać postaci, które już raz spotkały. Jedyną osobą, którą zawsze pamiętają i która zawsze zdaje się ich pamiętać jest Jezus. Chociaż tyle. Plus dla twórców też za to, że w kilku odcinkach, które opowiadają historie o Starym Testamencie, zamiast anioła zwiastującego jakiemuś bohaterowi misję, zwykle pojawia się właśnie Jezus, co nam sugeruje, że Jezus był, zgodnie z niektórymi teoriami, po prostu archaniołem Michałem, który narodził się na ziemi jako człowiek. Ciekawa teoria i jak widać, serial ją potwierdza. To spory plus. Dodatkowym plusem pośród całej masy minusów jest to, że serial, choć ma chrześcijański przekaz, to jednak nie faworyzuje żadnego odłamu tej religii. Nie jest to więc bajka katolicka czy też protestancka ani inna. Po prostu chrześcijańska, a swoją nauką chyba najbardziej się zbliża do Świadków Jehowy. Moim zdaniem to plus, bo zdecydowanie nie wytrzymałbym z tą bajką, gdyby przekazywała jedynie wartości Kościoła katolickiego.
Ale tak ponarzekałem na ten serial, a tak mało go chwaliłem. Czy zatem wszystkie odcinki są kiepskie w tej produkcji? Oczywiście, że nie, inaczej nie lubiłbym tego serialu. Wiele odcinków jest naprawdę ciekawych i ma interesującą problematykę. Moim ulubionym odcinkiem jest ten, w którym Ola poznaje dziewczynkę Basię, która jeździ na wózku inwalidzkim. Ponieważ należy do pewnego klubu szkolnego i może zarekomendować do niego kolejną koleżankę, chce polecić Basię. Jednak członkinie klubu dają jej do zrozumienia, że dziewczyna na wózku przyniesie im wstyd i Ola nie powinna jej polecać, bo inaczej sama wyleci z klubu. Dla dziewczynki w jej wieku należenie do klubu to ważna sprawa, waha się więc, co zrobić, dlatego też Księga Ksiąg zabiera ją, Krzysia i Gizmo na spotkanie z królową Esterą, która zaryzykowała życie, aby uratować swój żydowski naród podporządkowany Persom i dokonała tego i wygrała. Ola zachwycona wraca z przyjaciółmi do swego świata i rekomenduje Basię, a jej piękna przemowa w tej sprawie sprawia, że koleżanki jej ulegają i zgadzają się na przynależność Basi do klubu. Ładny odcinek, uroczy oraz sympatyczny, a przede wszystkim nie ma ciągle gadania o Bogu. Podobnie jest z odcinkiem, w którym Ola widzi z Krzysiem pewną dziewczynkę, która wykrada z baru szybkiej obsługi ketchup i jest też do nich bardzo nieuprzejma. Ola jest na nią zła i nie chce się nią interesować, choć Krzysia zastanawia, czemu dziewczynka tak się zachowuje, więc Księga Ksiąg zabiera ich na spotkanie z Jezusem, który opowiada o miłosiernym Samarytaninie. Oli się robi głupio, że tak potraktowała dziewczynę, poszła z przyjaciółmi do niej i dowiedziała się, że ona, jej brat i mama żyją w biedzie i ketchup bierze z baru, bo on jest za darmo. Ola i paczka dzielą się więc z nimi pizzą i obiecują pogadać z rodzicami, aby im pomóc. Ładne, przyjemne i bez przesadnego nawijania o Bogu co pięć minut.
Jednym z innych moich ulubionych odcinków jest ten o Hiobie. Choć znowu w nim mówią o tym, jak ważna jest wiara w Boga, to jednak ten odcinek ma coś więcej w sobie. Otóż w tym odcinku Krzyś ma strasznego pecha. Najpierw ucieka mu klasowa iguana, którą miał się opiekować. Potem drzewo spadające w nocy podczas burzy wybiło szybę i złamało mu rękę, a następnie okradziono go z tych pieniędzy, które zarobił na ulotkach. A dodatkowo, jakby tego było mało, umarł jego ukochany dziadek. Krzyś nie wierzy w to, że może być już lepiej. Ola i Gizmo go pocieszają. Jest to jeden z tych odcinków, gdzie widzimy wreszcie tę wrażliwą stronę Oli, gdy zamiast się czepiać przyjaciela czy dokuczać mu, bardzo mu współczuje, pociesza go i podnosi na duchu. Księga Ksiąg przenosi ich na spotkanie z Hiobem, który jak wiemy, najwięcej od życia oberwał, jeśli mowa o postaciach z Biblii i to jeszcze z powodu zakładu Boga i Szatana o dychę xD Dobra, z tym ostatnim żartowałem, nawiązując do serii filmików „WIELKIE KONFLIKTY”. Kto kumaty, ten zrozumie. Tak czy siak, Hiob nieźle dostał w kość od losu, ale nigdy nie stracił wiary, dzięki czemu został nagrodzony przez Boga za swoje cierpienia. Krzyś odzyskuje wiarę i gdy wraca, znajduje iguanę i rozumie już, że po burzy zawsze jest tęcza, a po smutku może przyjść radość, jeśli tylko sobie damy szansę. Ładny odcinek, choć znowu było o Bogu, ale przynajmniej teraz to nie było aż tak rażące w uszy i oczy. No i wreszcie mamy to, o czym tak mało się mówi w serialu: o wrażliwej naturze Oli. Widzimy ją tak mało w tym serialu, że aż miło na nią popatrzeć. Widać ją w tym odcinku, ale również m.in. w tym odcinku, który mówi o zaparciu się Piotra. Otóż w nim Krzyś popisywał się przed kolegami ze szkoły, jak świetnie gra w kosza i chciał, aby go przyjęli do swojej paczki. Już mu się udaje, gdy zjawia się Ola mówiąc, że została szefową kółka szachowego. Chłopcy ją wyśmiewają i pytają Krzysia, czy ją zna. On zaś, bojąc się stracić w ich oczach, twierdzi podle, że nie. Ola zamiast zareagować złością i chamstwem, jakby zareagowała w sezonie I serialu, teraz po prostu się popłakała. Gdy chłopcy sobie idą, Krzyś z nią rozmawia, a Ola ma pretensje, jak mógł tak powiedzieć. Księga Ksiąg zabiera ich na proces Jezusa i widzimy, jak wierny Piotr, z obawy o swoje życie, zapiera się znajomości ze swoim mistrzem i potem dręczą go wyrzuty sumienia. Krzyś stara się go pocieszyć, ale nic to nie pomaga. Ola z kolei jest zła na Krzysia i uważa, że w przeciwieństwie do Piotra nawet nie żałuje tego, co zrobił. Gdy jednak Krzyś wpada do wody i tonie, Ola bez wahania rusza mu na ratunek i wraz z Gizmo ratuje go, aby potem... oczywiście dalej mieć focha, póki Krzyś jej nie przeprosi. Wtedy i ona go przeprasza za swoją zawziętość, wracają do swoich czasów, a nasz bohater przyznaje, że zna Olę i jest to jego przyjaciółka i idzie z nią świętować jej sukces, Gizmo zaś daje chłopakom małą nauczkę.
Jak więc widzimy, serial ten nie składa się tylko z samych wad. Ma również sporo pozytywów, a zwłaszcza sezon II, który wyraźnie poprawił jakoś odcinków pod względem fabuły. Postacie też nieco się poprawiły i w ogóle milej to wszystko się ogląda. Tak samo sezon III, który niedawno dopiero zyskał polski dubbing. Wciąż czekamy na sezon IV serialu, nadal jeszcze nie przetłumaczony na polski język. Może w końcu się doczekamy, kto wie? Sezon II i III naprawdę były dużo lepsze od sezonu I, choć nie ominęły znowu ględzenia o Bogu i tego, jak bardzo kocha On wszystkich ludzi i jakie ma plany i lepiej Mu zaufać. Jednak stopniowo to staje się mniej wkurzające, a i nauka, jaką wyciągają dzieci staje się coraz ciekawsza. Zdarzają się oczywiście, co jakiś czas znowu słabe momenty, które polegają na chwaleniu boskich planów wobec świata i zaufaniu wobec nich, ale już nie są one tak rażące. Sezon II wyraźnie się poprawił, a sezon III to kontynuował. Więcej nawet, w tym sezonie mamy uroczą ciekawostkę. Mianowicie w jednej ze scen pewnego odcinka sezonu III widzimy w pokoju Krzysia... Plakat ukazujący bohaterów „SUPER KSIĘGI” i nie jest to jakaś komputerowa przeróbka, tylko dosłownie plakat anime wklejony do obrazu. Czyżby hołd w kierunku wielkiego poprzednika? A może sugestia, że Krzyś Proton jest potomkiem Chrisa i Joy, znanych nam z pierwszego serialu? Może nawet zmarły dziadek Krzysia, którego wspominają w odcinku z Hiobem jest właśnie Chrisem z „SUPER KSIĘGI”? To by było ciekawe. Szkoda, że tego nie rozwinęli.
Podsumowując zatem, czy polecam ten serial? Tak, choć o wiele mniej niż oryginał, który polecam dużo bardziej. Ten serial warto obejrzeć choćby dla samego porównania z pierwowzorem i stwierdzić, że stara wersja jest dużo lepsza. Choć nowa ma swoje plusy i to nawet sporo, ale też sporo minusów, więc bilans się wyrównuje. Ale najlepsze w nowej wersji jest to, że jeżeli coś wychodzi w niej dobrze, to przyjemnie jest to obejrzeć i potem do tego wrócić. Co prawda Krzyś Proton i Ola Szpilka nie są bohaterami tak sympatycznymi jak Chris i Joy, gadanie o Bogu potrafi zmęczyć nawet osoby mocno wierzące, a co dopiero te słabiej lub wcale nie wierzące, ale mimo wszystko nie jest to dzieło godne potępienia. Raczej wymagające małej poprawki, ale dobre na tyle, aby je poznać. Zresztą obejrzyjcie i sami oceńcie.

niedziela, 27 czerwca 2021

Super Księga (1981-1982)


W czasach mojego dzieciństwa istniało kilka naprawdę dobrych bajek o tematyce religijnej, które w ciekawy sposób przedstawiały wydarzenia z Biblii, nie afiszując się przy tym jednak z wiarą i religijnością twórców. Wydaje się to chyba niemożliwe, prawda? Bajki opowiadające o wydarzeniach z Biblii w taki sposób, aby nie były to bajki religijne, a jedynie ciekawe opowieści, pozwalające dzieciom poznać lepiej Pismo Święte i zawarte w nim historie? Dzisiaj, w czasach, kiedy w niektórych krajach panują konserwatyści i miłośnicy katolicyzmu, gdzie wsadzają nam do głów katolickie wartości za pomocą dość kiepskiej jakości filmów, w których postacie są płytkie i ustawione tak, aby wierzące osoby były dobre, a niewierzące lub innej wiary złe, takie stwierdzenie jak niereligijne bajki o Biblii, może się wydarzać niemożliwe. A jednak istnieją takie produkcje i kilka z nich leciało w czasach mojego dzieciństwa. Jedną z nich wyprodukowała wytwórnia Hanna Barbera, ale nie o niej dzisiaj będziemy mówić, gdyż dziś pomówimy o produkcji, która jest mało obecnie znana, choć wielu z nas zna obecnie jej remake w wersji komputerowej, który nie jest może najgorszy, ale chwilami zbyt mocno nam wszystkim dźga w oczy religijnością. O nim chcę jednak napisać osobny artykuł, gdyż to jest bajka ciekawa i całkiem niezła, ale zawiera kilka problemów, które warto skrytykować i może zmusić wreszcie twórców do myślenia. Ale jak już mówiłem, to wszystko w odpowiednim momencie. Dzisiaj co innego bierzemy na tapetę. Mianowicie oryginał tej bajki i zarazem żywy dowód na to, jak wspaniałe powstawały kiedyś animacje.
Serial animowany, o którym mowa, jest anime o naprawdę bardzo dobrej produkcji, a przynajmniej do końca I sezonu, bo II jest już dużo gorszy, ale o tym później. Zacznijmy na razie od tego pierwszego, do którego mam naprawdę wielki sentyment. Bo trudno nie lubić pierwszych odcinków „SUPER KSIĘGI”. Są one naprawdę super, z dobrą fabułą, ciekawymi postaciami, świetnymi przygodami, jak również i niezłą muzyką i interesującym przesłaniem. No i również świetnie jest tu oddany klimat lat 80 XX wieku. Muszę jednak wam się przyznać, że sam serial nie był mi znany w dzieciństwie, poza kilkoma odcinkami, które miałem kiedyś nagrany na kasecie VHS. Pamiętam, że na pewno był wśród nich pierwszy odcinek, ale nie pamiętam, ile kolejnych odcinków tam jeszcze było, jeśli w ogóle było ich więcej na kasecie. Potem zaś, przypadkiem trafiłem w telewizji na kanale TV TRWAM odcinek tego serialu, który coś mi zaczął przypominać. Sprawdziłem w Internecie i odkryłem odcinki I sezonu po polsku, w tym pierwszy odcinek. A ledwie go obejrzałem, już wiedziałem, że jest to właśnie ten odcinek tego serialu, który znam z dzieciństwa. Z miejsca więc zapoznałem się z całym I sezonem, a im więcej to robiłem, tym bardziej byłem nim zachwycony. II sezon już mi się tak nie spodobał, ale powiem później, dlaczego tak jest. Zacznijmy więc od początku.
Pierwszy sezon anime rozpoczyna się w domu małego chłopca, Christophera „Chrisa” Peepera, który pewnego dnia wraz ze swą najlepszą przyjaciółką Joyeux „Joy” Quantum czyści na strychu książki swojego ojca (nieco ekscentrycznego profesora). Podczas tej czynności, dzieci znajdują starą książkę, która świeci i ku ich wielkiemu zdumieniu, w żaden sposób nie da się jej otworzyć. Po chwili książka jednak otwiera się sama i ukryty w niej duch przemawia do Chrisa i Joy. Okazuje się, że dzieci trafiły na stare i wyjątkowe wydanie Biblii o nazwie Super Księga. Książka proponuje Chrisowi i Joy podróż do czasów biblijnych, obiecując przy tym, iż nic złego im się nie stanie podczas tej wyprawy. Pomimo obaw, dzieci zgadzają się i trafiają do Edenu, gdzie spotykają Adama i Ewę, a także są świadkami pierwszego w dziejach świata złamania Boskich praw. W podróży tej towarzyszy im Gizmo, nakręcany robot zabawka Chrisa, który za sprawą mocy Super Księgi przenosi się wraz z dziećmi w czasie i staje się prawdziwym, żywym robotem służącym im pomocą w trudnych sytuacjach. Po powrocie do domu dzieci odkrywają, że choć spędzili w Edenie dwa dni, to w ich świecie minęło zaledwie kilka minut, a Gizmo znowu jest zabawką. Od tego czasu Chris i Joy w każdym odcinku przenoszą się w czasie za sprawą Super Księgi do różnych wydarzeń biblijnych, wyciągając z nich mądre lekcje na przyszłość, a przy okazji dobrze się bawiąc. W podróżach zawsze towarzyszy im wierny Gizmo. Przygody, które przeżywa trójka bohaterów to głównie wydarzenia ze Starego Testamentu, choć w kilku odcinkach bohaterowie poznają działalność Jezusa Chrystusa, a w ostatnim spotykają Pawła z Tarsu. Chris, Joy i Gizmo podczas swoich podróży są chronieni przez ducha Super Księgi, dzięki czemu nigdy nic złego im się nie staje. Nigdy też jednak nie mogą zmienić wydarzeń, w których biorą udział, co najwyżej przyczyniają się do ich szybszego zrealizowania. Przykładowo próbują w jakiś sposób nie dopuścić do grzechu Adama i Ewy, a także śmierci Abla i Samsona, ale niestety, przeznaczenie wyznaczone przez Biblię nie można zmienić. Zamiast tego dzieci nauczyły się naprawdę wielu ważnych i mądrych rzeczy.
Tak właśnie wygląda I sezon, do którego mam ogromną sympatię. Zanim przejdziemy do omówienia postaci, muszę jeszcze wspomnieć o II sezonu, który moim zdaniem pozostawia wiele do życzenia i dowodzi tego, że zmiana twórców w trakcie produkcji serialu nie jest najlepszym pomysłem.
Drugi sezon mocno zmienia fabułę serialu. Tym razem Chris i Joy są już starsi o kilka lat, a do tego schodzą na drugi plan, zaś głównymi bohaterami historii stają się młodszy brat Chrisa, Uriah „Uri” Peeper oraz Gizmo, którzy podróżują po wydarzeniach biblijnych za sprawą tej samej książki. Wszystko zaczyna się w chwili, gdy Super Księga zostaje otwarta przed włączonym komputerem. Jej moc wnika niespodziewanie do maszyny, która niedługo potem wciąga do swojego wnętrza pieska Rufflesa, a także Uriego i Gizmo (który w tym sezonie jest już prawdziwym robotem zbudowanym przez brata profesora Peepera). Chris i Joy nie są w stanie pomóc przyjaciołom ani ruszyć za nimi. Mogą jedynie obserwować przez komputer ich poczynania, a także próbować ukryć przed dorosłymi nieobecność Uriego. Tymczasem Uri i Gizmo poszukują Rufflesa, podróżując poprzez różne wydarzenia biblijne, jednak dopiero w ostatnim odcinku udaje im się odnaleźć pieska i wrócić do domu. Przez ten czas przeżywają wiele niesamowitych przygód, biorąc udział w historiach ze Starego i Nowego Testamentu, ale podobnie jak Chris i Joy w pierwszym sezonie, tak Uri i Gizmo w drugim nie mają prawie żadnego wpływu na rozwój wydarzeń. Warte uwagi jest to, że w drugim sezonie pojawiają się kilka razy te same historie, które zostały ukazane w pierwszym, ale tym razem są one przedstawione znacznie dokładniej i bardziej szczegółowo.
Jak więc widzicie, sezon II zdecydowanie zostaje daleko w tyle za sezonem I. Oczywiście fajnie było zobaczyć Chrisa i Joy jako starszych i mających wciąż do siebie ogromną słabość, choć nie jest ona aż tak podkreślona jak wcześniej. Ale niestety, sezon II denerwuje tym, jak do kiepskich drugoplanowych postaci zostali zredukowani nasi ulubieni bohaterowie, jak również i to, że Uri nie jest wcale tak ciekawym bohaterem, jak Chris w poprzednim sezonie. Jest po prostu naiwnym i chwilami naprawdę dość irytującym dzieciakiem wiecznie pakującym się w kłopoty, z których musi go ciągle wyciągać Gizmo. Z powodu tego wszystkiego mam wyraźnie niechęć do tego sezonu. Choć może niechęć to złe słowo, po prostu go nie lubię i już.
Pomówmy teraz o bohaterach tego serialu. Christopher Peeper, zwany przez wszystkich pieszczotliwie Chris, jest bardzo uroczym i sympatycznym chłopcem o czarnych włosach i brązowych oczach. Nie lubi matematyki i obowiązków, które musi wykonywać. Bywa leniwy i lubi wymigiwać się od pomagania rodzicom, ale też jest sympatyczny i serdeczny, nie lubi się poddawać i potrafi uparcie dążyć do celu, który chce osiągnąć. Bywa niekiedy zadziorny i złośliwy, ale mimo wszystko jest przede wszystkim sympatyczny. Jego ojciec jest naukowcem, choć nie wiemy, czym dokładnie się zajmuje. Możemy się jednak domyślać, że zajmuje się naukami ścisłymi. W sumie jest on narysowany jak stereotypowy naukowiec, czyli wysoki, chudy i w okularach, roztargniony i mało zorientowany w tym, co się dzieje na świecie, głównie pogrążony w świecie swojej nauki. Mimo tego jest dobrym mężem i ojcem, rodzina go bardzo kocha i szanuje. W II sezonie poznajemy jego młodszego brata, który też zajmuje się zajmuje nauką, ale interesuje go przyszłość i komputery, które ojciec Chrisa uważa za dziwaczne, gdyż woli tradycyjną naukę z pomocą książek.
No dobrze, tyle wiemy o Chrisie i jego ojcu i stryjku, a co z mamą? Czy Chris jej nie ma? Nie, ma ją. W pierwszych odcinkach I sezonu nie pojawia się ona na ekranie, jak się później dowiadujemy, ma to miejsce dlatego, że przebywała wtedy u swojej siostry i pomagała jej, gdy ta była w ciąży. Około połowy I sezonu pojawia się nareszcie i poznajemy ją lepiej. Dowiadujemy się, że jest ona taką nieco typową gospodynią domową. Lubi gotować, piec, spędza większość czasu w domu, towarzyszy mężowi w spotkaniach służbowych, bardzo kocha syna, jest do niego nieco bardziej wyrozumiała niż ojciec, a dodatkowo bardzo lubi Joy, którą traktuje niemalże jak własną córkę, raz nawet kupuje dla niej sukienkę, gdy tylko ją zobaczyła na wystawie. Bywa niekiedy roztargniona, czasami coś zapomina zabrać z domu, a na końcu I sezonu dowiadujemy się, że jest w ciąży i potem rodzi drugiego syna, Uriego.
Poznaliśmy teraz praktycznie całą rodzinę Peeperów. A teraz opowiedzmy o Joy. Dziewczynka jest urocza, słodka, ma ciemno-blond włosy, fioletowe oczy i bardzo sympatyczny charakter. Jest delikatna, wrażliwa i dobra, ale też niekiedy bardzo zadziorna, potrafi się złościć i wyzywać Chrisa, kiedy w jakiś sposób jego zachowanie jej się nie podoba. Jej złość przybiera niekiedy postać wręcz bardzo rogatego charakteru, ponieważ potrafiła raz pogonić z rakietą do badmintona Chrisa po całym podwórku, a innym razem ze złością goniła go po całym domu z piąstkami, póki nie odwołał stwierdzenia, jakoby była za gruba na sukienkę od jego mamy. Mimo wszystko naprawdę ona i Chris są serdecznymi przyjaciółmi i prawdopodobnie chodzą do tej samej klasy. Nie jest to jednak wyjaśnione. Można w sumie powiedzieć, że o Joy nie wiemy za wiele, poza tym, że ona po prostu istnieje. I nie jest to żart, ponieważ przez cały serial nie dowiadujemy się, kim są rodzice dziewczynki i jak Joy ma na nazwisko (jedynie ze źródeł pozafilmowych odkryć możemy, że nazywa się Quantum). Ważną cechą jej osobowości jest to, że nasza mała i słodka Joy jest zakochana w Chrisie, czego bynajmniej nie ukrywa. W jednym odcinku najpierw kocha się w gwieździe kina i jest zła, że ten się ożenił, ale potem, gdy Chris okazuje jej troskliwość, wyraźnie zaczyna darzyć chłopca uczuciem i w kilku odcinkach zaznacza, że chce za niego wyjść, gdy już dorosną oboje. Chris z kolei reaguje na to zadowoleniem, ponieważ taki pomysł bardzo mu się podoba. W kilku odcinkach pokazano też, że Joy była zazdrosna o Chrisa, gdy ten np. był zachwycony urodą kilku kobiet biblijnych np. Rebeki, Estery czy też królowej Saby. A i on jest nieco o nią zazdrosny, gdy np. chwaliła zbyt mocno Józefa, męża Maryi. Oboje więc, jak widzimy, mają do siebie ogromną słabość i my, jako widzowie, bardzo im kibicujemy i życzymy im dużo szczęścia, gdy już oboje dorosną.
Akcja serialu zawsze zaczyna się w domu Chrisa, do którego zwykle wpada Joy z wizytą i spędza czas z Chrisem, swoim najlepszym przyjacielem. Gdy nagle zaczyna błyszczeć Super Księga i z jakiegoś powodu, bo np. dzieci coś mówiły lub coś zrobiły i to uruchomiło nawiązanie do znanej opowieści biblijnej, dzieci zaraz wyjmują Super Księgę z szuflady biurka, książka się otwiera, proponuje dzieciom podróż do danej historii i ruszają wraz z wiernym Gizmo, który zawsze im w tej podróży towarzyszy. Warto przy tym zauważyć, że zwykle odcinek sezonu I kończy się tym, że dzieci wracają do domu z ciekawymi wnioskami. Ale czasami dochodzi do tego, iż kończy się fabuła odcinka na jakieś ciekawej scenie, która kończy opowieść biblijną i nie wiemy już powrotu dzieci do swego świata, choć nie jest to trudne do odgadnięcia, że tak właśnie się stało. Zatem twórcy serialu nieraz nie pokazują nam powrotu Chrisa i Joy do swego świata, ponieważ doskonale wiedzą, iż widzowie sami się go domyślą i nie zawsze warto wszystko na ekranie ukazywać. To pokazuje, że twórcy uważają nas za osoby dość inteligentne, aby móc samemu odkryć ten fakt.
Warto zaznaczyć, że serial rozgrywa się w latach 80 XX wieku, czyli w tych czasach, w których powstała bajka. Twórcy zatem starali się odtworzyć klimat epoki, a zatem dzieciaki po powrocie ze szkoły spędzają czas np. wspólnie ze sobą czytając komiksy, jeżdżąc na rowerach, grając w piłkę, grając w badmintona albo tenisa, czy jeżdżąc na rolkach. Miło jest popatrzeć na to, zwłaszcza wtedy, gdy się jest dzieckiem lat 90 XX wieku, który podobnie jak lata 80 miało to do siebie, że dzieciaki tak często biegały tam po podwórku i na nim spędzały czas po szkole, od czasu do czasu oglądać coś w telewizji i bynajmniej nie śniły nawet o tym, aby używać komputerów do czegoś innego, jak tylko do pracy. Dzisiaj, w czymś, co można nazwać dobą komputerów, trudno sobie wyobrazić, że dzieciaki mogły tak prozaicznie żyć, ale taka bajka jest tego najlepszym dowodem. Rzecz jasna bajka też pokazuje pewne inne motywy z lat 80. Chris jako chłopiec zajmuje się niekiedy budowaniem czegoś z niczego, bo chłopcy lubili majsterkować. Joy nosi zawsze sukienkę i ma romantyczną naturę. Tata pracuje, mama głównie siedzi w domu i robi zakupy na obiad czy kolację. Chris też, jak to chłopiec, nieraz opiekuje się Joy i zasłania ją przed niebezpieczeństwem, gdy do niego dochodzi, a Joy bez wahania chowa się za jego plecami lub łapie go za ramię na znak, że się czegoś boi i potrzeba jej jego obrony. Zatem pewne stereotypy na temat ludzi i płci. Nie są one jednak pokazane w sposób wulgarny i odpychający, a raczej słodki i sympatyczny i niejedna feministka może się czepiać mamy Chrisa, że jest kurą domową, a małej Joy, że nie nosi dżinsów, ale prawda jest taka, że widząc, jak dobrze się bawią, gdy realizują stereotypy, same mogą im zazdrościć tak radosnego, chociaż może stereotypowego życia, jakie te urocze kobiece bohaterki wiodą.
Wspomniałem o tym, że bajka nie jest religijna. Wydaje się to niemożliwe, aby serial anime opowiadający o wydarzeniach z Biblii nie był przesiąknięty do szpiku kości religijnymi hasełkami. Jednak, co może zdziwić, tak właśnie jest. Ten serial nie jest nimi przesiąknięty. Możliwe, że to dlatego, iż jest to bajka japońska. Gdyby nakręcono ją w Europie, nie wiadomo, jakby wyglądała. Możliwe też, że duży wpływ na to miało również i to, że po prostu powstała w czasach, kiedy seriale animowane były tak tworzone, aby były dla wszystkich, nie tylko dla tych dzieci, które wierzą w Boga katolickiego czy innego. Po prostu serial miał być dla wszystkich i dlatego właśnie jako taki jest miły dla oka i ucha. Pamiętam, jak kiedyś jeden mój znajomy obejrzał za moją radą I sezon tego serial i był nim wręcz zachwycony, zwłaszcza, kiedy porównywał go do remaku „KSIĘGA KSIĄG”. Zaznaczył, iż zachwyca go szczególnie to w tej produkcji, że serial nie dźgał mu w oczy hasełkami biblijnymi. Co prawda, te padły kilka razy w produkcji, ale nie były one nachalne i nie próbowały nam wpoić jakąś konkretną teorię religijną do głowy. Dodatkowo spodobały mu się to, że postacie w tym serialu umieją się czegoś nauczyć po zakończeniu swoich przygód i nie powtarzają już starych błędów. Bo w przeciwieństwie do remaku, dzieci nie lecą do świata Biblii wtedy, kiedy coś zbroiły i muszą się czegoś nauczyć, ale dlatego, że po prostu mają czas i możliwość przeżyć jakąś przygodę, a to, co powiedziały lub zrobiły w jakiś sposób przypomniało Super Księdze o tym, co miało miejsce w Piśmie Świętym. Ważną różnicą między oryginałem a remakiem jest to, w anime nie dochodziło do sytuacji, kiedy Super Księga zmuszała dzieci do podróży. Na sam początek zawsze pytała Chrisa i Joy, czy chcą ruszyć w podróż, a gdy ci to potwierdzili, natychmiast zabierała ich w podróż. Na pozór nie jest to jakoś bardzo ważne, ale tak naprawdę również ma związek z Biblią i jej przekazem, z których jeden z nich mówi, iż człowiek ma zawsze wolną wolę i od niego zależy, jaką drogą podąży. Anime zatem pokazuje nam biblijną wartość, ukazaną jako coś jak najbardziej normalnego, jako zwykłą i świecką zasadzę, której może przestrzegać bez trudu każdy, nawet ateista.
Nie można oczywiście nie wspomnieć o polskim tłumaczeniu tego serialu. Jak dotąd, nie doczekał się on wersji z polskim dubbingiem, choć mam nadzieję i to ogromną, iż kiedyś to ulegnie zmianie. Jak na razie jednak serial ten jest dla nas dostępny jedynie w wersji z lektorem, którym jest Roman Baczyński, gdyż z takim lektorem serial był emitowany w Polsce na kanale TV TRWAM. Nie wiem, jaki lektor towarzyszył serialowi we wcześniejszych emisjach tej bajki. Wiem jednak, że polscy tłumacze nie byliby sobą, gdyby nie spolszczyli imion bohaterów. Tak więc zamiast Chrisa Peepera mamy w polskiej wersji Krzysia Patrzałka, z kolei zamiast Joy mamy Olę. O ile jeszcze przeróbka Chrisa na Krzysia ma sporo sensu, bo ostatecznie Christopher to Krzysztof, to przemiana Joy na Olę jest moim zdaniem pozbawiona jakiekolwiek logiki. Chyba twórcy wzięli sobie to imię tylko dlatego, że było ono trzyliterowe i jednosylabowe, tak jak oryginalne. Jednak to im można odpuścić, w przeciwieństwie do większej zbrodni, którą jest zmiana tego, kim dla Chrisa jest Uri. Chociaż w tym wypadku zawinili już amerykańscy tłumacze, na których bazowali polscy. W amerykańskim tłumaczeniu bajki, z powodu, który nie zostaje nam wyjaśniony, Uri zamiast bratem Chrisa staje się... jego kuzynem, synem brata profesora Peepera. Odbiera to sporo sensu serialowi, gdyż przecież mama Chrisa na końcu I sezonu mówi, że spodziewa się drugiego dziecka. Według japońskiego oryginału tym dzieckiem był właśnie Uriah zwany Uri. W amerykańskim i polskim tłumaczeniu z kolei chłopiec z jakiegoś powodu staje się kuzynem Chrisa i synem jego stryja, co oczywiście pozbawia zakończenie I sezonu jakiegokolwiek sensu. Gratuluję, amerykańscy twórcy dubbingowi. I wam, polscy tłumacze, którzy musieliście papugować ich pomysły.
Podsumowując, serial jest naprawdę świetny. Animacja może nieco lekka, a w kilku scenach wyraźnie widać, że są one kopiami innych, wcześniej użytych scen, ale są to tylko drobiazgi, która można im wybaczyć. Warto też dodać, że serial w Japonii zdobył taką popularność, że doczekał się spin-offu w postaci serialu anime „LATAJĄCY DOM”, w którym pewien chłopiec ze swoją sympatią, swoim młodszym bratem, pieskiem i robotem Gizmo trafia do tytułowego domu, który zbudował pewien profesor i z jego pomoc dzieciaki podróżują w czasie i spotykają postacie biblijne. Serial ten nie zdobył co prawda jakieś wielkiej popularności, ale jego istnienie dowodzi, że „SUPER KSIĘGA” cieszyła się kiedyś ogromnym wręcz sukcesem i w sumie nadal się cieszy, skoro powstał remake w postaci serialu o animacji komputer, która to animacja nazywa się „KSIĘGA KSIĄG”, ale o niej sobie opowiemy osobno. A na razie serdecznie zapraszam do poznawania świata naszych uroczych bohaterów, którzy nawiasem mówiąc, wyglądem niesamowicie wręcz przypominają postacie Asha i Sereny z anime „POKEMON”. W końcu tam też chłopak ma czarne włosy i brązowe włosy, a dziewczyna ciemno-blond i oboje mają do siebie ogromną słabość. Przypadek? Chyba nie.
Zatem podsumowując, czy polecam ten serial? Jak najbardziej. Uważam, że jest on produkcją dla wszystkich, zarówno wierzących, jak i niewierzących. Każdy z nas znajdzie w nim bowiem coś dla siebie i każdy, tak przynajmniej czuję, polubi te urocze dzieciaki i niejeden przeżyje z nim jeszcze super przygody.

poniedziałek, 21 czerwca 2021

Denver, ostatni dinozaur (1988)


Denver, ostatni dinozaur
To jest kumpel sprzed milionów lat.
Denver, morowy dinozaur.
Żyje sobie pośród nas jak ssak.

Ten nasz kopalny gad
Już kocha cały świat.
Jego lubią też, choć to jest wielki zwierz.
Denver, ostatni dinozaur.
Spróbuj zgadnąć, czy to gad, czy ssak.

Ten najprawdziwszy smok
Szokuje nas, co krok.
Ale sympatyczny dino bawi miną swą.
A najdziwniejsze jest,
Że miewa ludzki gest.
Nigdy nie bywa zły,
Nie skrzywdzi nawet pchły.

Denver, ostatni dinozaur
To jest kumpel sprzed milionów lat.
Denver, ostatni dinozaur
Zawsze dobry humor ma.
Nasz dino!

Taką właśnie piosenką zaczynał się serial, o którym chciałbym dzisiaj wam opowiedzieć. Jest to obecnie mało znana produkcja, chociaż stała się ostatnio nieco bardziej popularna z powodu remaku, którego niedawno się doczekaliśmy. Rzecz jasna, remake ten powstał w ramach rozwijania mody na tworzenie nowych wersji znanych bajek z lat 90 XX wieku, oczywiście w wersji komputerowej. Na tej bazie powstały nowe wersji „SUPER KSIĘGI”, „INSPEKTORA GADŻETA” czy też „ALVINA I WIEWIÓREK”. Niedawno zaś przeżyłem wielki szok, kiedy całkiem przypadkowo zobaczyłem na telewizji Puls 2 serial animowany, który myślałem, że będzie starą i dobrą produkcją z mojego dzieciństwa, a okazał się być remakiem i to stworzonym w beznadziejnej, komputerowej animacji. Zrozumiałem wtedy, że oto mam do czynienia z kolejną nową wersją klasyki, stworzoną po to, aby nabić sobie kabzę. Mój szok zatem był ogromny, podobnie jak zapewne szok wielu dzieciaków XXI wieku, gdy odkryją, że ten serial, o którym dzisiaj będziemy mówić, istniał również w wersji animowanej tradycyjnie i to o tej wersji chciałbym dzisiaj opowiedzieć.
Jakie zwierzęta cieszyły się największą popularnością w latach 80 i 90 XX wieku? Jakie wywoływały u dzieciakach wielką radość i podniecenie i to tak wielkie, że sobie kupowały ich figurki, albumy z naklejkami o nich, oglądały o nich bajki oraz filmy i w krótkim czasie zdobywały o nich naprawdę ogromną wiedzę, przy okazji dobrze się przy tym bawiąc? Myślicie, że kotki, pieski, a może liski czy inne takie? Nic z tych rzeczy. To były zwierzęta dawno już wymarłe. Dinozaury. To one były największym hitem w latach 90 XX wieku, jeżeli mowa o menażerii. Co było tego powodem? Zapewne film Stevena Spielberga „PARK JURAJSKI”, który zdobył ogromną popularność wśród widzów dużych i małych. Oczywiście przed filmem była też powieść i właściwie, to od niej rozpoczął się ten cały fenomen. To dzięki niej powstały pierwsze seriale animowane o dinozaurach, w tym i ta bajka, o której mówię. Jednak być może fenomen ten minąłby dosyć szybko, gdyby nie ekranizacja powieści „PARK JURAJSKI” stworzona przez gościa od efektów specjalnych, czyli Stevena Spielberga. To on sprawił, że uwierzyliśmy w to, iż dinozaury mogłyby żyć i w naszych czasach. To właśnie dzięki niemu zainteresowaliśmy się badaniami paleontologicznymi. To on sprawił, że nasza wyobraźnia na sam dźwięk słowa „dinozaur” zaczynała od razu pracować na pełnych obrotach. Fenomen, jaki wywołała powieść „PARKU JURAJSKI”, a który potem rozwinął swoim filmem Spielberg był czymś więcej niż przepustką do sławy twórcy przygód Indiany Jonesa. Był też czymś więcej niż możliwością tworzenia kolejnych produkcji o wymarłych już dawno dinusiach, takich jak „ZAGINIONY ŚWIAT: PARK JURAJSKI 2” czy „PARK JURAJSKI 3” albo też współczesne produkcje, takie jak „JURRASIC WORLD” czy animowany „PARK JURAJSKI” w wersji klocków Lego. To był również moment, gdy otwarto drzwi wielu twórcom seriali animowanych, które odtąd zaczęły niemalże maniakalnie tworzyć bajki o dinozaurach. Swego czasu powstała piękna bajka Dona Blutha „PRADAWNY LĄD”, teraz powstało jeszcze kilkanaście jego kontynuacji innych twórców i o raczej wątpliwej jakości fabularnej. A wszystko dlatego, że jeden film Spielberga wywołał taki fenomen. Ale nie tylko podpisywanie się pod Dona Blutha było efektem tego fenomenu. Również jego efektem było stworzenia kilku różnych seriali animowanych o dinozaurach. Jednym z nich był serial „DINUSIE” raczej kierowany dla młodszej widowni. Innym „NIEBEZPIECZNE DINOZAURY”, gdzie grupa inteligentnych dobrych dinozaurów, które walczą z grupą złych Raptorów o to, aby ocalić ludzkość przed zniszczeniem. To już była produkcja animowana dla nieco starszych widzów. Podobnie jak „UFOZAURY”, który to połączył ze sobą aż dwa fenomeny: modę na dinozaury oraz modę na sf. W tej animacji grupa dinozaurów z kosmosu, czyli Ufozaurów wylądowała na Ziemi i spotkała grupę miejscowych dzieciaków, dała im magiczne pierścienie i wraz z nimi walczyła z inną grupą kosmicznych dinozaurów, ale tych złych, którzy to nazywali się Tyranosy. Nie zabrakło tu oczywiście walk na statki kosmiczne, pościgów na latających skuterach i innych takich. Produkcja ciekawa, ale chyba tylko dla dzieciaków, bo obecnie mocno trąci myszką, choć i tak wypada dużo lepiej od wielu współczesnych produkcji.
Oczywiście to tylko niektóre, najsłynniejsze i najlepiej pamiętane przeze mnie produkcje dla dzieci o dinozaurach. Potem były jeszcze inne np. bajka Disneya „DINOZAUR”, ale to już temat na osobną opowieść. Były też Pokemony, które to zwykle wyglądem przypominały różne zwierzęta, także i niekiedy dinozaury. Były też Digimony, stworzone na podobnych zasadach. Pamiętam, że główny bohater tej bajki miał za swego wiernego towarzysza Digimona wyglądającego jak mały, pomarańczowy tyranozaurus rex. Nawet mam wciąż maskotkę tego stworka w swojej kolekcji zabawek z dzieciństwa. Jak zatem widać, dinozaury na przełomie XX i XXI wieku cieszyły się ogromną popularnością, a obecność takich filmów jak „JURRASIC WORLD” lub klockowa wersja „PARKU JURAJSKIEGO” jasno nam pokazuje, że ta moda obecnie powróciła do łask i nic nie wskazuje na to, aby miało się to zmienić. A wszystko rozpoczęło się od jednej książki, a było potem kontynuowane dzięki jednemu filmowi. One to właśnie rozpoczęły tę jakże ciekawą modę.
No, może nie tak do końca one, ponieważ niektóre bajki o dinozaurach powstały zanim jeszcze wydano książkę „PARK JURAJSKI”, która powstała w 1990 roku. Ale sobie powiedzmy szczerze: gdyby nie ta powieść, a potem trzy lata później ekranizacja tejże powieści, pewnie owa moda skończyłaby się na kilku bajkach, takich jak „PRADAWNY LĄD” Dona Blutha czy bajka, o której będziemy mówić. Możliwe też, że owe bajki by przeszły bez większego echa, gdyby nie pewna książka i pewien pan, który wpadł na zwariowany pomysł, aby ją zekranizować. Dzięki niej bajki, jakie powstały przed „PARKIEM JURAJSKIM”, choć wcześniej były tylko lubiane, teraz stały się częścią fenomenu. To dzięki niemu mogliśmy też obejrzeć te oto wszystkie bajki w Polsce. Gdyby nie to, to być może nie słyszelibyśmy nigdy o takich produkcjach jak „PRADAWNY LĄD”, co byłoby olbrzymią dla nas, polskich widzów stratą. Olbrzymią jak największy dinozaur tego świata.
Podsumowując zatem ten nieco przydługi wstęp, pewna moda na bajki o dinozaurach pojawiła się sama z siebie, możliwe, że z powodu wzrostu odkryć paleontologicznych. Ale moda ta przemieniła się w fenomen, który trwa do dziś dzięki „PARKOWI JURAJSKIEMU”, który nadał tej modzie zupełnie nowe dla nas znaczenie. A kiedy ta moda miała swoją pierwszą fazę, powstała ta oto bajka, o której chcę opowiedzieć. Bajka „DENVER, OSTATNI DINOZAUR”. Ten oto serial animowany powstał jeszcze zanim pan Spielberg zaczął się bawić w ożywianie dinozaurów i zanim jeszcze stały się one częścią popkultury i po prostu były lubiane przez dzieciaki. Wtedy jeszcze dzieciarnia nie wariowała aż tak na punkcie dinozaurów, ale je lubiła i chciała je lepiej poznać. Wtedy też miało miejsce stworzenie serialu o przygodach Denvera, który do Polski trafił dopiero w latach 90, a stał się popularny już po rozpoczęciu fenomenu przez pana Spielberga. Jemu to możemy podziękować, że dziś znamy i możemy na nowo poznawać tę naprawdę uroczą, zabawną i bardzo sympatyczną bajkę. Ale o czym ona jest, zapyta ktoś?
Fabuła bajki nie jest raczej specjalnie skomplikowana. Opiera się ona bowiem na tych samych schematach, co film „E.T” czy serial „ALF”. Po prostu w małej ludzkiej społeczności pojawia się pewna istota, która nie ma prawa tutaj istnieć i musi się ona ukrywać przed światem ludzkim, w czym pomagają jej zaufani ludzie o dobrych sercach i nieco zwariowanych charakterach. Schemat może nieco dla niektórych wyświechtany, ale w tej bajce sprawdził się bardzo dobrze. Serial bowiem opowiada o czterech kolegach o imionach: Jeremy, Wally, Shades i Mario. Mieszkają oni w Kalifornii i chodzą razem do tej samej klasy. Jak na dzieciaki z lat 80 XX wieku przystało, uwielbiają oni muzykę rockową, jazdę na deskorolkach i rowerach, grę w koszykówkę itp. zabawy. Pewnego dnia trafiają oni na wielkie jajo dinozaura, które były zasypane piaskiem na placu budowy, ale teraz przypadkiem zostaje odkopane. Z jajka, na oczach chłopców, wykluwa się dinozaur z gatunku korytozaur. Chłopcy nazywają go Denver, a jeden z nich ukrywa go u siebie. Cała czwórka dobrze wie, że nie mogą dopuścić do tego, aby Denver został przez ludzi odkryty, gdyż szybko stałby się celem łowców sensacji, naukowców i innych takich wariatów. Ukrywają więc skutecznie dinozaura, ucząc go ludzkiej mowy, aż Denver opanowuje ją w stopniu zadowalającym, aby móc się z nimi porozumieć. Chłopcom pomagają w tym wszystkie dwie dziewczyny. Jedną z nich jest Heather, starsza siostra Wally’ego, a drugą sympatyczna mała sąsiadka Casey. Cała szóstka dzieciaków przeżywa szereg niesamowitych przygód w towarzystwie Denvera, przy okazji starając się ukrywać jego obecność przed ludźmi. Idzie im to tym łatwiej, że ludzie widząc Denvera, biorą go zwykle za robota lub człowieka przebranego za dinozaura. Mimo to przyjaciele starają się zawsze chronić Denvera przed ciekawskimi ludźmi. Muszą też uważać na pewnego cwanego biznesmena, Mortona Fitzzbacka, który wie o tym, że Denver istnieje i kilkakrotnie przez cały serial próbuje zarobić na dinozaurze. Już w pierwszych odcinkach porywa dinusia i zmusza go do występów na scenie w zespole rockowym jako gitara prowadząca, ale mimo wszystko ludzie biorą Denvera za człowieka w stroju dinozaura i nasi bohaterowie zdołali uratować przyjaciela, ośmieszając przy okazji Mortona. Ten jednak nie odpuszcza i kilkakrotnie próbuje jeszcze wykorzystać Denvera do swoich celów, ale nigdy mu się to nie udaje i zawsze zostaje pokonany. Prócz tego drugim, poważnym przeciwnikiem naszych bohaterów jest szkolny łobuz Nick i jego kumple, którzy nieraz psują szyki przyjaciołom Denvera, choć zwykle to się obraca przeciwko nim. Serial zatem obfituje w ciekawe przygody, oddające przy okazji doskonale klimat lat 80 XX wieku i jakie były wtedy zwyczaje oraz pasje nastolatków amerykańskich z tego okresu. Można zatem śmiało powiedzieć, że to bajka, przy której nie sposób się nudzić.
Serial był w Polsce emitowany za pierwszym razem jeszcze przed premierą filmu „PARK JURAJSKI”, dlatego przeszedł bez większego echa. Dopiero rok po premierze tego filmu ponownie serial został wyemitowany w naszym kraju i od razu zyskał wielką sympatię widzów. Leciał na kilku kanałach, głównie jednak na RTL 7, tam ja widziałem ten serial. Bajka była emitowana z polskim dubbingiem, z nim również została wydana na kasetach VHS. Później była emitowana na kanale Tele 5, jednak tym razem w wersji z lektorem, którym był Henryk Pijanowski. My jednak powiedzmy sobie co nieco jeszcze o wersji z dubbingiem, o obsadzie tegoż dubbingu, a ta jest bardzo ciekawa. Wystąpili w niej bowiem tak:

Mieczysław Gajda jako Denver
Cezary Kwieciński jako Wally Adams
Krzysztof Ibisz jako Jeremy Anderson
Jerzy Mazur jako Mario
Paweł Galia jako Charlie „Shades”
Halina Chrobak jako Casey
Barbara Bursztynowicz jako Heather Adams
Włodzimierz Bednarski jako Morton Fitzzback
Krzysztof Tyniec jako Nick
Maria Homerska jako „Paskudna Berta” Bird
Ewa Kania jako Narratorka
Jolanta Wołłejko jako nauczycielka geografii
Andrzej Zieliński
Ewa Serwa
Joanna Jędryka
Iwona Rulewicz
Leopold Matuszczak
Tomasz Stockinger
Leopold Matuszczak
Andrzej Bogusz
Cezary Pazura
Jerzy Złotnicki
Małgorzata Boratyńska
Robert Rozmus
Jacek Jarosz
Andrzej Chudy
Józef Mika
Ryszard Olesiński
Mirosława Krajewska

Podsumowując zatem, czy polecam ten serial? Oczywiście, że tak. Dlaczego? Bo jest to urocza i sympatyczna bajka dla dużych i małych widzów. Mniejsi na pewno będą zachwyceni Denverem i tym, jaki on jest uroczy. Więksi wyłapią w tym serialu sporo aluzji i nawiązań do amerykańskiej popkultury. A oglądając wersję z polskim dubbingiem, wypatrzą tutaj sporo znakomitych aktorów i aktorek wciąż przez nich podziwianych, choć na pewno nie kojarzonych z tą właśnie bajką. A zatem wskakujcie na deskorolkę i poznajcie wraz z nami sympatycznego dinusia wywijającego swobodnie na gitarze i przeżywającego szereg niesamowitych wręcz przygód u boku wiernych przyjaciół. Bajka szczególnie spodoba się tzw. starym wyjadaczom, którzy lubią stare i dobre produkcje i lubią wracać do bajek z czasów swego dzieciństwa. Ale i nowe pokolenie powinno ją polubić ze względu na lekką i bardzo przystępną fabułę. Podsumowując więc, w tej bajce każdy znajdzie coś dla siebie. Musi tylko chcieć poszukać.

wtorek, 18 maja 2021

Super Pies (1964-1973)


To nie ptak, ani pies
Ani nie jest to samolot.
To wspaniały Super Pies.

Takimi słowami w czołówce wita nas serial, o którym dzisiaj chcemy sobie opowiedzieć. Jest on w sposobie realizacji niezwykle podobny do pierwszego serialu animowanego o duszku Kacperku, ale to zapewne z powodu czasów, w jakich obie te produkcje powstały, ponieważ zawsze czasy i wszystko, co się z nimi wiąże, ma bezpośredni wpływ na sztukę, która w owych czasach jest tworzona. Ale o tym aspekcie jeszcze pomówimy w naszej recenzji.
Serial „SUPER PIES” (w oryginale „THE UNDERDOG SHOW”) opowiada o losach kilku postaci, nie powiązanych w ogóle ze sobą, a których przygody praktycznie w żaden sposób się ze sobą nie przeplatają. Najważniejszą z nich jest jednak tytułowy bohater, czyli Super Pies. Kim jest Super Pies? Wyobraźcie sobie zatem Supermana w wersji psiej, który ratuje swoją psią wersję Louis Lane, przy okazji też parodiują doskonale nam wszystkim znaną postać z komiksów DC i to, co się z nią wiąże. Tym właśnie jest Super Pies, parodią Supermana, ale ukazaną w sposób naprawdę subtelny, który wyśmiewa nieco dość dziecinne podejście do tego bohatera, jakie w oryginalnych komiksach ukazywano. Bo jak nie nazwać inaczej tego, że Clark Kent jest zwykłym oraz dość nieporadnym dziennikarzem w okularach, który w obliczu zagrożenia dla miasta, w którym żyje, szybko się gdzieś wymyka, wskakuje do budki telefonicznej lub innego pomieszczenia, w którym jest sam, zdejmuje okulary, zrywa ubranie, pod którym ma słynny kostium i ratuje świat, a nikt, łącznie z jego najbliższymi, nie rozpoznają w nim Clarka Kenta, choć w żaden sposób nie maskuje on swojej osoby? Nawet nie nosi maski. Nic a nic. Po prostu ot tak zdejmuje sobie okulary i wskakuje w lateksowe wdzianko i od razu jest już po prostu super przebrany. Brzmi śmiesznie? I słusznie, bo to jest śmieszne. Rzecz jasna w niektórych produkcjach próbują jakoś to uzasadnić w sposób, który nieraz ma ręce i nogi, a innym razem jest bezsensowny. Tak czy siak, Superman to jest najsłynniejszy bodajże (obok oczywiście Batmana) superbohater na świecie, a w każdym razie z uniwersum DC. Żaden inny bohater z tego uniwersum, jak Wonder Woman, Flash czy Zielona Latarnia nie mogą się równać z Supermanem. O nich to nawet wielu nie słyszało, choć obecnie w dobie filmów o superbohaterach chyba raczej nie ma kogoś, kto by nie słyszał o wyżej wspomnianych postaciach. Ale tak czy siak, oprócz Batmana to właśnie Superman jest ikoną komiksów DC i filmów z tej serii. A w latach 60 był on niezwykle popularny i to nie tylko dzięki całej masie komiksów, ale również filmom i bajkom, jakie o nim powstawały. Czy zatem może dziwić fakt, że powstała jego parodia? Nie, dziwić raczej mogłoby nas, gdyby taka parodia nie powstała. A jak wiadomo, parodie powstają jedynie po to, aby wyśmiać lub przedstawić w krzywym zwierciadle jedynie coś, co jest dobre i to pomimo swoich wad. Bo jak mówi moja dziewczyna, nigdy nie parodiuje się czegoś, co nie jest popularne i dobre zarazem. I tak właśnie jest tym razem. Postać Supermana może być dziwna, jego sposób działania efekciarski i nastawiony tylko na to, aby akcja jak najdłużej trzymała w napięciu, a sposób ukrywania przez niego swojej tożsamości jest co najmniej dziecinnie zabawny, ale nie można zaprzeczyć temu, że pomimo tego wszystkiego zawsze historie o Supermanie były ciekawe, a mimo braku większej głębi dawały ludziom to, co wtedy i w sumie chyba nadal potrzebują: poczucia tego, że ktoś będzie walczył w ich obronie tam, gdzie sami tego nie mogą lub nie chcą zrobić. Po II wojnie światowej, gdy wciąż ludzie mieli w głowach echa walk z nazistami i Japończykami, superbohaterowie, który może  w sposób dość prosty, ale skuteczny zaprowadzają porządek w świecie, w którym ten porządek z powodu wojny zanikł, byli potrzebni. Okazało się jednak, że są oni wciąż potrzebni, choć echa II wojny światowej już dawno minęły. Bo zawsze jest nam potrzebny bohater broniący nas przed złem. Zwłaszcza, jeśli z jakiegoś powodu w naszym kraju źle się dzieje. Przykładowo w Anglii za kiepskich dosyć rządów księcia Jana (późniejszego króla Jana Bez Ziemi) potrzebny był Robin Hood. A w Ameryce, w koloniach hiszpańskich, gdzie urzędnicy często sobie pozwalali na zbyt wiele, bo praktycznie nikt ich nie kontrolował, a jeśli nawet, to nie tak, jak powinien, potrzebny był Zorro. Dla biedaków z polskich gór, których ciemiężyła szlachta oraz zaborcy, bardzo był potrzebny Janosik. Jak widać, potrzeba posiadania bohatera przez ludzi istniała praktycznie od zawsze. Na tej oto podstawie został stworzony Superman. A na potrzebie parodiowana tego, co jest popularne, powstał Super Pies.
Serial rozgrywa się w mieście nie do końca określonym, ale w USA, na co nam wskazują takie rzeczy jak amerykańska flaga powiewająca na masztach jakiś wielkich wieżowców. Bohaterem filmu jest Uroczy Pucybut, miły i bardzo serdecznie nastawiony do innych antropomorficzny pies, noszący okulary i spokojnie czyszczący buty ludziom. Nikt nie wie jednak o tym, że ma on również drugą twarz i potajemnie jako superbohater o imieniu Super Pies ratuje całe miasto przed zagrożeniem. Aby przemienić się w Super Psa, musi wskoczyć w jakąś pierwszą lepszą budkę telefoniczną, do której wchodzi jako Uroczy Pucybut, a wylatuje z niego jako Super Pies i leci na miejsce, w którym jest zagrożenie. Jako Super Pies jest niezwykle silny, potrafi podnosić ogromne ciężary, potrafi latać, potrafi strzelać laserem w oczach, a także jest kuloodporny. Kiedy jednak obrywa zbyt mocno, zostaje uwięziony przez swoich wrogów, jednak ma w pierścieniu tajemniczą pigułkę magicznego przemienienia, dzięki której odzyskuje siły i znowu staje do walki z wrogami, tym razem skutecznej, wsadza ich do więzienia i leci ku kolejnej przygodzie. Warto zauważyć, że Super Pies, gdy już przemienia się w superbohatera, to zawsze mówi wierszem i często, gdy przybywa na miejsce akcji, wypowiada słynne zdanie: „Nie roń łez. Super Pies tu jest”, co jest jego cechą dosyć charakterystyczną, podobnie jak i to, że pod koniec każdej przygody, gdy już wygrywa ze złem i rusza ku kolejnej przygodzie, to zwykle wpada na coś, jakąś wieżę, ścianę lub wielką tablicę z reklamą, na co reaguje uroczym śmiechem, nie przejmując się tym.
Świat przygód Super Psa jest całkowicie parodią świata Supermana. Dzieje się w świecie niesamowicie podobnym do typowego amerykańskiego miasta, a wszelkiego rodzaju złoczyńcy są mocno przerysowani i wyglądają nad wyraz komiksowo. Jest tam więc taki antropomorficzny wilk gangster, jest groźny wampir (narysowany wyraźnie jako parodia Draculi w wykonaniu Beli Lugosiego) czy groźna wiedźma. Najczęściej powracającym złoczyńcą jest jednak naukowiec, który najwięcej pojawia się w czołówce i który zasługuje na moją szczególną wzmiankę, o czym jednak później powiem: Szymon Okrutnik, naukowiec kurdupel o zielonej twarzy, będący swego rodzaju parodią Wiktora Frankensteina i każdego złego naukowca z komiksów. Pomaga mu w jego czynnościach jego jakże silny, ale jakże też głupi pomagier. Tacy właśnie złoczyńcy przede wszystkim byli wrogami Super Psa i jak widzicie, stanowią oni parodię typowych złoczyńców z komiksów o Supermanie. Ale czym byłaby opowieść o superbohaterze, gdyby nie miał on jakieś ładnej i pięknej dziewczyny, która byłaby typową dla tamtych czasów damą w opresji? W tej historii była nią dziewczyna, będąca prawdziwym asem dziennikarstwa, czyli panna Słodka Polly Rodowodówna, która to, podobnie jak i sam Super Pies jest antropomorficznym psem i zarazem parodią Louis Lane. Dziennikarka ta jest ukochaną Super Psa i często prowadzi jakieś programy, które dotyczą ważnych wydarzeń w mieście i to ona zwykle powiada Super Psa, że dzieje się coś nie tak. Jak to robi? Znajduje Uroczego Pucybuta i wie, że ten przyjaźni się z Super Psem dlatego prosi go o przekazanie mu informacji o tym, iż jakiś złoczyńca znowu grasuje i miasto potrzebuje Super Psa. Oczywiście nie wie, że Uroczy Pucybut oraz Super Pies to jedna i ta sama osoba. Zwykle jednak wpada w tarapaty, gdy chce pomóc swemu bohaterowi lub zostaje porwana przez łotrów jako przynęta na Super Psa, który oczywiście musi ją ratować. W jednym odcinku została porwana i uśpiona przez wiedźmę, która zagroziła, że Polly będzie spała przez tysiąc lat, jeżeli Super Pies nie wykona dla niej trzech zadań. Bohater wykonał dwa pierwsze, ale trzecie było zbyt straszne, więc odmówił i pokonał wiedźmę, łamiąc jej miotłę i w ten sposób zabijając wiedźmę, a gdy załamany nie wiedział, jak obudzić ukochaną, pocałował ją na pożegnanie i w ten sposób ją obudził ze snu. Oczywiście to tylko jeden z przykładów tarapatów, w jakie pakowała się Słodka Polly. I jeden z wielu przykładów tego, jak Super Pies musiał ją ratować. Oczywiście przygody Super Psa nie skupiały się tylko na ratowaniu Słodkiej Polly i całego miasta przed jakimś złoczyńcą. Dość często nasz bohater musiał wykonywać inne zadania np. raz ochraniał jakiś znany obraz.
Serial ten jednak niestety posiada poważną wadę. Taką samą, jaką posiadał stary animowany serial o duszku Kacperku oraz stary serial animowany o Różowej Panterze. Czyli każdy odcinek nie jest po prostu kolejną przygodą tytułowego bohatera, a zbiorem kilku historyjek o różnych postaciach, niepowiązanych jednak w żaden sposób ze sobą. Epizody z Super Psem są tylko jednym z kilku epizodów, jakie się pojawiają w każdym odcinku. Każdy więc odcinek pokazuje oprócz epizodu z Super Psem jakieś dwa epizody z innymi postaciami, a w niektórych odcinkach nawet nie ma Super Psa, tylko inne postacie. A postaci jest tu cały szereg. Jest król Leonardo, władca Bongo-Kongo, antropomorficzny lew rządzący jakimś krajem i mający sporo problemów w tej kwestii, które tworzy głównie jego podły młodszy brat. Jest antropomorficzny kot Klondike żyjący gdzieś na terenie Alaski i działający w konnej policji, walczący z podstępnym złodziejaszkiem, myszą Złotą Łapką. Jest też antropomorficzny pies Łowca, który jest parodią prywatnych detektywów z filmów z Bogartem, gdyż nosi prochowiec oraz kapelusz i rozwiązuje różne za trudne dla policji sprawy, a często jego wrogiem jest znany i podstępnym złoczyńcami Szczwany Lis, który... a jakże, jest lisem xD Mamy też antropomorficznego pingwina imieniem Tenesee i jego kumpla morsa, którzy żyją w zoo i przeżywają różne ciekawe przygody i realizują różne pomysły pingwina, w czym pomaga im pewien naukowiec, objaśniający im pewne ważne sprawy ze świata nauki. Jest także duet dwóch oficerów amerykańskiego wojska z czasów wkrótce po wojnie secesyjnej. Tymi oficerami są pułkownik Kojot i jego wierny sierżant (obaj są antropomorficznymi kojotami), którzy dążą do tego, aby pokonać dwóch Indian: wodza i jego wiernego pomocnika. Ci oczywiście radzą sobie zawsze w każdej sytuacji, ponieważ owi oficerowie są wredni, chamscy i nieprzyjemni, a do tego mają się za lepszych od Indian, którzy są raczej spokojni, ale psotni i łatwo sobie radzą z zawziętymi żołnierzami. Przygody tych wszystkich postaci są zabawne, ale uważam, że twórcy serialu powinni skupić się tylko na wątkach Super Psa i byłoby to dużo ciekawsza produkcja.
Wkurzającym problemem serialu jest również to, że każda przygoda Super Psa dzieliła się na dwa odcinki. W pierwszej zawsze mamy wprowadzenie oraz rozwój fabuły prowadzący do pułapki, w jaką zwykle wpada Super Pies, a prócz tego mamy jeszcze dwie krótkie historyjki z innymi postaciami. I abyśmy mogli się dowiedzieć, jak potoczyły się dalsze losy Super Psa, musieliśmy obejrzeć kolejny odcinek, który nam pokazuje, jak Super Pies wydostał się z pułapki i tym razem wygrał ze złoczyńcą i odebrał za to laury. Pamiętam, że jak byłem mały, bardzo mnie to wkurzało. Co nie zmienia faktu, że serial jest dobry, choć mógłby być dużo lepszy.
Epizody z Super Psem mają niemal zawsze taki sam schemat. Jakiś podły złoczyńca coś knuje i szkodzi miastu lub całemu światu. Policja jest oczywiście bezradna, naradza się ze Słodką Polly i dochodzą do wniosku, że muszą wezwać Super Psa. Wysyłają więc wezwanie lub sama Słodka Polly prosi o pomoc Uroczego Pucybuta, ten zaś oczywiście wskakuje do budki telefonicznej, rozwala ją na kawałki i zamienia się wtedy w Super Psa, rusza na ratunek, wpada do tego miejsca, gdzie dzieje się źle i woła: „Nie roń łez! Super Pies tu jest!”. Dochodzi do walki ze złoczyńcą, początkowo złoczyńca wygrywa i więzi Super Psa lub Super Pies wygrywa, ale złoczyńca ucieka i obiecuje zemstę, choć to drugie o wiele rzadziej następuje. Mamy koniec odcinka i urwanie historii, a potem w drugim odcinku widzimy, jak Super Pies przeżywa jakieś katusze, uwięziony przez tego złego i daje komuś (najczęściej Słodkiej Polly) informację, że ma w pierścieniu pigułkę magicznego przemienienia, której sam niestety nie może zażyć. Polly lub ktoś inny mu ją podaje, Super Pies odzyskuje siły i staje do walki z tym złym, tym razem go pokonując, wszystko dobrze się kończy, a Super Pies leci na niebie, ludzie się dziwią i wołają: „To ptak! To samolot! To pies!”, a Super Pies wesoło im odpowiada: „To nie ptak, ani samolot, ani nawet zwykły pies. To tylko ja... Super Pies” i wpada jednocześnie na coś, najczęściej wielki bilbord, na co reaguje śmiechem. Schemat ten jest zwykle realizowany punkt po punkcie, czasami tylko niekiedy ulegał zmianie. Ale zawsze parodiował przygody Supermana. Super Pies był poczciwym pieskiem w okularach, który w budce telefonicznej zamieniał się w superbohatera w czerwonym stroju (wyglądającym nieco jak czerwona piżama) z dużą literą U oraz niebieską peleryną. Dodatkowo był zakochany z wzajemnością w Słodkiej Polly, która była dziennikarką i oczywiście zwykle pełniła rolę damy w opresji. Oczywiście imiona bohaterów musiały być zabawne, zatem był Uroczy Pucybut i Słodka Polly Rodowodówna. Dodatkowo złoczyńcy niekiedy mieli super zabawne imiona np. Szymon Okrutnik. Pamiętam, że w dzieciństwie ja i moja kuzynka Sara bawiliśmy się w przygody Super Psa. Ja oczywiście byłem Super Psem, a Sara była Słodką Polly. Często bawiący się z nami nasz wujek Szymon grał zawsze złoczyńców, a głównie... a jakże, Szymona Okrutnika xD
Serial był emitowany na kilku kanałach w Polsce, ale głównie na RTL 7. Nie ma on do dzisiaj stworzonego polskiego dubbingu, zawsze był bowiem emitowany w wersji z lektorem, którym był Mariusz Siudziński. W necie obecnie jest dostępne tylko kilka przypadkowych odcinków tej bajki. Mam nadzieję, że kiedyś będzie ten serial emitowany w Polsce ponownie, ale może doczeka się w końcu wersji z polskim dubbingiem? Miejmy nadzieję, że tak, bo chętnie bym go obejrzał w takim właśnie wykonaniu.

Dogtanian i muszkieterowie (1981-1982)

Muszkieterów dzielnych trzech Świat wspaniały dziś poznamy. Jeden tu za wszystkich, A wszyscy za jednego. Oddać życie każdy z nich Gotów jes...